Drodzy forumowicze i goście!

25.11.2021
Wszystko wskazuje na to, że nasze forum działa już na nowym hostingu, tu nie powinniśmy już minutami oczekiwać na załadowanie się strony. Jest to nowoczesny hosting, gdzie zasoby są skalowalne, więc nie będzie blokad i zahamowań. Ponoć nie ma też limitów dla baz danych, więc możemy znów spokojnie wszystko pisać i wstawiać, ale kopiowanie poprzednich postów i blisko z góry nie będzie tolerowane, bo szkoda czasu czytających.
Będziemy jeszcze robić upgrade skryptu forum, więc jakieś przerwy będą, jeszcze nie wiem kiedy.
Życzę forumowiczom i gościom przyjemnego surfowania i odnalezienia tego, co was interesuje. No i zdrówka dla wszystkich!

/blueray21

W związku z "wysypem" reklamodawców informujemy, że konta wszystkich nowych użytkowników, którzy popełnią jakąkolwiek formę reklamy w pierwszych 3-ch postach, poza przeznaczonym na informacje reklamowe tematem "... kryptoreklama" będą usuwane bez jakichkolwiek ostrzeżeń. Dotyczy to także użytkowników, którzy zarejestrowali się wcześniej, ale nic poza reklamami nie napisali. Posty takich użytkowników również będą usuwane, a nie przenoszone, jak do tej pory.
To forum zdecydowanie nie jest i nie będzie tablicą ogłoszeń i reklam!
Administracja Forum

To ogłoszenie można u siebie skasować po przeczytaniu, najeżdżając na tekst i klikając krzyżyk w prawym, górnym rogu pola ogłoszeń.

Uwaga! Proszę nie używać starych linków z pełnym adresem postów, bo stary folder jest nieaktualny - teraz wystarczy http://www.cheops4.org.pl/ bo jest przekierowanie.


/blueray21

Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 19 gru 2020, 20:08

Ślęża – Śląski Olimp czy też Polska Atlantyda
sobota, 16 listopada 2019

Obrazek

Ogromną tajemnicą jest to, co Niemcy znaleźli na Ślęży i w Górach Sowich (np. w Walimiu). Prawdopodobnie ogromne korytarze, części miast podziemnych, które zaadoptowali i rozbudowali dla swoich celów. Co jeszcze znaleźli we wnętrzu Góry Ślęży? Jakie tajemnice kryje ta góra? Naukowcy hitlerowscy znali prawdę. Być może tam znaleźli coś, co mogłoby poszerzyć wiedzę techniczną i wygrać wojnę. Musiała to być naprawdę wielka tajemnica skoro 4 tys. hitlerowskich nadzorców, oraz 12 tys. więźniów pracujących pod ziemią - zamordowanych tuż przed zakończeniem wojny- prowadziło prace jeszcze kilka dni po jej zakończeniu, do 6 maja 1945 roku. Z tego też powodu „Twierdza Breslau” wiązała ogromne siły Armii Czerwonej w celu odwrócenia uwagi wroga od prac prowadzonych na Ślęży i na Dolnym Śląsku. Czy twórcą podziemnego miasta na Dolnym Śląsku był któryś z ludów hetyckich czy też protohetyckich a może perskich?, a może starszych o dziesiątki i więcej tysięcy lat.

Zresztą nasuwa się pytanie ile śladów kultur i cywilizacji zostało zniszczonych i startych na proch przez lodowiec na ziemiach polskich.

Gdy patrzymy na Masyw Ślęży tj. Ślęża, Wieżyca i Gozdnica, z lotu ptaka to przypomina on układ w gwiazdozbiorze Oriona lub też układ piramid w Gizie w Egipcie. Jednocześnie układ ten jest identyczny do tego, jaki można było zaobserwować na Ziemi w 10450 p.n.e. i wcześniej. Czy przypadkiem piramidy nie wskazują, że należy poszukać masywu górskiego podobnego do nich, aby poznać tajemnicę przechowywanego tam archiwum i tajemnic ludzkości?

Obrazek Obrazek
Obrazek Obrazek


Wnioski wysuwane przez niektórych naukowców, że rzeźby w okolicach Ślęży znaleziono, przemieszczono i np. porzucono jak to piszą niektórzy autorzy prac naukowych są nieadekwatne, zbyt uproszczone i niewiarygodne. Rzeźby i ciosy kamienne niejednokrotnie posiadają takie obrażenia, że nie można przyjąć, aby dokonała tego ręka ludzka, ale właśnie świadczą o tym, że dokonały tego żywioły przyrody takie jak lodowiec, woda i wiatr.

Moim zdaniem to właśnie lodowiec zniszczył jakąś prastarą kulturę na Ślęży i jej okolicach, niszcząc i następnie przesuwając się i topniejąc przetransportował poszczególnie elementy. Fragmenty rzeźb jak i rzeźby zostały następnie użyte wtórnie jako materiał budowlany przez inne kultury. Bo tak naprawdę komu by się chciało transportować na kilku lub kilkunastokilometrową odległość np. wielosetkilogramową rzeźbę, po to tylko, aby wmurować go w ścianę kościoła czy też budynku. Przecież po całej okolicy było pełno głazów narzutowych. Wiele obrobionych przed tysiącami lat bloków granitowych spotkał ten sam los, gdyż były łatwo zauważalne wśród zwykłego rumowiska i powodowały zaoszczędzenie czasu na obróbkę.

Przedstawiłem tutaj różne moje koncepcje i teorie, jeżeli je można tak nazwać, dotyczące zachowanych zabytków na Ślęży, resztę pozostawiam do przemyślenia drogim czytelnikom.
Myślę, że badaniami nad tajemnicami Ślęży należy zająć się konkretnie, może tam a są ku temu poszlaki, znajdziemy wiele odpowiedzi na wiele pytań, ale należy na wszystko spojrzeć z innej strony.*


Moje 3 grosze


Ze Ślężą poznałem się bliżej jesienią 1976 roku, kiedy to wraz z kolegami z wrocławskiego Zmechu pracowaliśmy w czynie społecznym przy wyrównywaniu stoku narciarskiego w okolicach Sobótki, a właściwie gdzieś w masywie Raduni – dziś już nie pomnę dokładnie – gdzie. W każdym razie podziwialiśmy ten niezwykły masyw górski, który wynurzał się naraz i niespodziewanie z Doliny Odry i który od razu wydał mi się jakiś taki… niezwykły? Magiczny? Zaczarowany? Później jeżdżąc do i przez Wrocław zawsze podziwiałem z pociągu górę, która zamykała mi południowy horyzont i przyciągała magnetycznie wzrok. Tak więc nie dziwiłem się temu, że nazwano ją śląskim Olimpem, i że ciągnęli tam ludzie od niepamiętnych czasów.

Autor wspomniał tutaj o odkrytych złożach żelazianu tytanu czyli ilmenitu. Otóż machając łopatą na stoku zwróciłem uwagę na dziwne kamienie, których pełno było dookoła. Miały niebieskawo-popielatą barwę i miały biało-zielone włókniste żyłki jakiegoś minerału. Początkowo sądziłem, że jest to jakiś kamień półszlachetny w rodzaju malachitu, ale potem zreflektowałem się, że przecież kamienie półszlachetne nie mogłyby leżeć całymi hałdami nie zwracając niczyjej uwagi… A potem dowiedziałem się, że było to zwykłe gabro z wtrąceniami skaleni. No a teraz okazało się, że jest tam także tytan i być może inne pierwiastki – w tym także niektóre promieniotwórcze.

Przypominam szerokiej publiczności, że tytan to bardzo ważny metal używany w konstrukcjach morskich, lotniczych i kosmicznych ze względu na dużą odporność na czynniki chemiczne i mechaniczne. Buduje się z nich kadłuby okrętów podwodnych, samolotów i statków oraz stacji kosmicznych. Tytan i inne metale był wydobywany przed tysiącleciami przez cywilizacje Atlantydy i wcześniejszej od niej Atlantyki. A po co? – na to pytanie odpowiedź znajduje się w „Bhagavad Gita”, „Mahabharata”, „Ramajana” i innych świętych księgach Wschodu, legendach i podaniach Zachodu, obu Ameryk i Oceanii. Zainteresowanych odsyłam do prac poświęconych Atlantydzie oraz kosmicznym wojnom bogów-astronautów – zob. Al. Mora – „Atomowe wojny bogów”, M. Jesensky – „Bogowie atomowych wojen” – http://hyboriana.blogspot.com/2012/07/b ... jen-1.html. I oczywiscie Ludwik Zajdler - „Atlantyda”!

Ale to nie wszystko. Jak dowodzą tego badania wyżej wspomnianego prof. dr. hab. Benona Zbigniewa Szałka ze Szczecina, dawno temu – jakieś 20.000 lat p.n.e., na Ziemi posługiwano się jednym językiem i jednym pismem! Prof. Szałek przedstawia na to twarde i mocne dowody w swych pracach, które – jak każda outsiderska praca – zostały zignorowane przez „oficjalną” naukę. Badając języki starożytne i nowożytne wykrył on cały szereg podobieństw, które nie mogą być dziełem przypadku. Podobnie rzecz ma się z pismem. A wszystko to dowodzi, że dawno temu istniała jedna, światowa cywilizacja-matka, która łączyła ludzi poprzez środki masowego przekazu: język i pismo – podobnie jak to ma miejsce dzisiaj. Przypomina to dość dokładnie świat z Ery Hyboryjskiej z opowiadań Roberta E. Howarda i jego naśladowców oraz kontynuatorów, tyle że istniał on naprawdę.

Kolejna rzecz ciekawa – Autor wspomina tutaj słynny system Der Riese w Górach Sowich. Pisze, że Niemcy rozbudowywali jedynie JUŻ ISTNIEJĄCY system korytarzy, komór i szybów wykopanych o wiele wcześniej. I to jest prawda. Pisząc wraz z dr. Milošem Jesenským książkę „Wunderland – pozaziemskie technologie III Rzeszy” natrafiliśmy na żywego świadka – robotnika przymusowego z Dolnego Śląska, który pracował w Osówce i Soboniu – znajdujących się w okolicy Głuszycy Górnej (d. Oberwüstegiersdorf) gdzie znajdowała się jedna z filii KL Groß-Rosen. Świadek ów twierdził, że pracowano tam nad poszerzaniem już istniejących korytarzy, sztolni i komór, które – jak objaśniali niemieccy inżynierowie – zostały wykute przez walońskich poszukiwaczy skarbów z XV-XVI wieku. Ale były one najprawdopodobniej jeszcze starsze. A tak nawiasem, to przecież tyle mówi się o podziemnych tunelach: system podziemnych tuneli Moricza, tunele pod Europą i Uralem, Tunel w Babiej Górze czy Księżycowy Szyb, który także wydaje się być fragmentem większej całości…

Poza tym świadek był pewien, że Niemcy zamierzali produkować tam pociski rakietowe A-4/V-2 lub głowice do nich, bowiem widział je załadowane na lory kolejowe na bocznicy na stacji kolejowej w Głuszycy Górnej. Rakiety były przykryte plandekami, ale ich charakterystyczne kształty były dobrze widoczne.

Trzecia istotna sprawa to dbałość niemieckich inżynierów o źródła wody. Każde z nich zostało pieczołowicie zabezpieczone, bowiem – jak mówili Niemcy – miała ona posłużyć do rafinacji rudy czegoś metodą flotacji, a jak wiadomo jest to proces pochłaniający wielkie ilości wody. Czy chodziło o rudy uranowe? Być może, bo potem mogłyby one pójść do dalszego wzbogacania do wirówek we Wrocławiu – na pl. Strzegomskim i ul. Ołbińskiej – zob. B. Wołoszański - https://www.focus.pl/artykul/slady-hitl ... o-w-polsce. To nie były reaktory czy cyklotrony, to były baterie wirówek separujące wybuchowe izotopy 233U*, 235U* od niewybuchowego 238U* zawartych w mieszaninie izotopów uranu w sześciofluorku uranu - UF6.

Może kogoś dziwi, że Niemcy tak chlapali jęzorami? Nie ma w tym nic dziwnego – byli pewni, że kogo nie zabije praca czy pała nadzorcy, ten zostanie zlikwidowany przez strażników z SS po ukończeniu prac budowlanych i wykończeniowych. Rosjanie uratowali życie wielu jeńcom: Rosjanom, Francuzom, Włochom (od marsz. Badoglio), robotnikom przymusowym i więźniom KL: Ślązakom, Polakom i innym. Ale teraz o tym mówić niepolitycznie… - obrzydliwość! Poza tym Niemcy, a właściwie SS usiłowali znaleźć i wykorzystać pozostałości po dawnych cywilizacjach, artefakty które mogłyby dać im ultymatywną broń masowego rażenia. Na szczęście im się to nie udało, bo za bardzo nie wiedzieli czego mają szukać i kogo o co pytać – a okultystyczne brednie zawiodły ich na manowce.

I wreszcie kolejna zagadka ze Starożytności: przyjrzyj się Czytelniku wizerunkom mezopotamskich bogów – co jest w nich dziwnego? Są skrzydlaci, co oznacza, że mają zdolność latania. To akurat mają wszyscy bogowie, których Ludzkość wymyśliła na przestrzeni milleniów i to nikogo nie dziwi. Dziwi nas to, co trzymają oni w lewej ręce. I to wszyscy: Marduk, Nisroh i Oannes. To coś wygląda jak koszyk czy torebka. Znany polski pisarz Marek Boszko-Rudnicki ze Szczecina założył, że było to coś w rodzaju urządzenia obronnego, które dezorientowało wrogów pozwalając bogom na odlot czy odejście. Opisał to w swej książce pt. „Remedium 111”, którą polecam. Osobiście uważam, że jest to jakaś aparatura osobista podtrzymująca życie Obcych bogów-astronautów, albo Ziemian z nieskażonych po Wielkiej Wojnie Bogów-Astronautów obszarów… Tak czy inaczej, jest to jakieś urządzenie techniczne niezbędne Gościom spoza naszego świata do życia i działania na naszej planecie czy w skażonych enklawach.

Co z tego wszystkiego wynika? Otwiera się całe pole domysłów na temat naszej historii i historii naszej planety. Jedno jest pewne: NIE JESTEŚMY TUTAJ PIERWSI! Na każdym kroku widzimy artefakty wcześniejszych cywilizacji nie rozumiejąc ich – np. piramidy czy budowle megalityczne. Jestem przekonany, że największe odkrycia są jeszcze przed nami…

--------------------------
* - Andrzej Kotowiecki - "Ślęża – Śląski Olimp czy też Polska Atlantyda" - trzy części...... jest to skrót mojej książki z 2002 roku - Ślęża - polska Antlantyda / (C)Andrzej Kotowiecki.
ISBN : 8391222020

Autor: R.K.L. o sobota, listopada 16, 2019

http://wszechocean.blogspot.com/2019/11 ... to-co.html
0 x



Awatar użytkownika
Kriestovo Nysian
Posty: 757
Rejestracja: wtorek 20 sie 2019, 20:30
Lokalizacja: Nysa
x 23
x 56
Podziękował: 455 razy
Otrzymał podziękowanie: 1707 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: Kriestovo Nysian » wtorek 22 gru 2020, 11:58

Jakaś katastrofa i dziwne zjawisko było nad Ślężą w 1748 roku. Na niemieckiej stronie znalazlem taką rycinę???
Załączniki
32933142-D35A-44D7-AD33-6BC979C90738.jpeg
32933142-D35A-44D7-AD33-6BC979C90738.jpeg (159.31 KiB) Przejrzano 2794 razy
0 x



Awatar użytkownika
blueray21
Administrator
Posty: 9341
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 23:45
x 44
x 402
Podziękował: 452 razy
Otrzymał podziękowanie: 13601 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: blueray21 » wtorek 22 gru 2020, 16:30

To relatywnie rzadkie zjawisko astronomiczne - obrączkowe zaćmienie słońca z 25 lipca 1748, co jest w tytule ryciny.
Dodatkowo był to chyba mocno burzowy dzień, bo z prawej strony widać ostre natarcie burzy.
0 x


Wiedza ochrania, ignorancja zagraża.

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 27 gru 2020, 20:01

Od Zobten do Sobótki (fragment wspomnień)
Hans-Georg Anders

Spotkanie

Dzieci i seniorzy podobnie chodzą po górach. Co chwila zatrzymują się i rozglądają. Potrzebują odpoczynku. Tak było, kiedy wchodziłam na Ślężę z sześcioletnią dziewczynką i czteroletnim chłopcem. Musieliśmy ciągle przystawać. Podobnie jak wchodzący niemal równolegle starszy Pan ze swoją córką. Nasze drogi przecinały się, wypadało poddać się czemuś, co Amerykanie nazywają small talk. Od słowa do słowa, zaczęła się rozmowa. I trwa do dziś, listownie, telefonicznie.

Hans-Georg Anders urodził się w 1928 roku w Zobten (dziś: Sobótka). Tuż po wojnie opuścił to miejsce, jak niemal wszyscy Niemcy. Ale nigdy stąd nie wyjechał. Trochę jak Mickiewicz z Litwy. Ten sentyment można było wyczuć po kilometrze wspólnej, zupełnie przypadkowej, wędrówki na szczyt Ślęży. Nie chcę powiedzieć, że znał każde mijane drzewo, ale każdy mijany kamień już tak.

Zachęciłam go do napisania wspomnień. Jak się okazało – skutecznie, bo po kilku tygodniach przyszedł list z pierwszą częścią w języku niemieckim i z tłumaczeniem na angielski. Pan Anders jest anglistą, uczył w szkole.

Kolejne części wysyłał już tylko w języku oryginału. Przyrastały szybko, co parę tygodni kilka kolejnych kartek. Razem 129 stron.

To, co ustaliliśmy podczas wspinania się na Ślężę, zostało po części zrealizowane. Narracja pamięci powstała.

Tekst został przetłumaczony przez Michała Skrzypka. Ustaliliśmy, że tłumaczenie i redakcja naukowa będą częścią jego pracy licencjackiej. Pracował z wielką dokładnością i narastającym zainteresowaniem. Obronił się z wyróżnieniem.

Poniższy fragment opowiada o pierwszych powojennych miesiącach w Sobótce, choć wojna zaczynała się tu wtedy, kiedy dla innych się kończyła.

Na początku lat czterdziestych Hans chodził do gimnazjum Zwinger we Wrocławiu. Lekcje odbywały się wówczas w budynku położonym przy nieistniejącej już dziś uliczce między Sonnenstrasse (ulica Pawłowa) a Breslau Freiburger Bahnhof (Dworzec Świebodzki). W połowie lat czterdziestych szkoła przestała działać, a Hans wraz z rodzicami i siostrą próbowali rekonstruować swoje życie w Sobótce. Przez parę miesięcy.

W sensie symbolicznym Hans nigdy nie wyjechał z Dolnego Śląska – pasjonuje go historia tego miejsca, stare mapy, perfekcyjnie posługuje się polskimi i niemieckimi nazwami. Kiedy był ostatnio we Wrocławiu, zorientował się, że niedaleko musi być Kinder Zobten (Mała Sobótka), niewielka górka położona w Parku Grabiszyńskim. Poszliśmy tam. To była zaprawa przed następnym dniem, kiedy miał zamiar wejść ze swoją córką Elisabeth na Ślężę. W kolejnym dniu musieli już wracać do Westfalii.

Moje dzieci mówią o nim Hans Christian Andersen. Rzeczywiście jest kimś ze świata baśni.

Urszula Glensk



Wpis z kalendarza:

„25 maja 1945 roku: ludność Sobótki powraca z Kudowy”


Większa część obywateli Sobótki powróciła – oczywiście pieszo – pod przewodnictwem burmistrza Schnabela. Nakazał, aby kolumny wozów i rzesze piechurów czekały na drodze od strony Strzegomian, koło tego, co zostało z posesji Franza Fischera, zaś sam z grupką „zwiadowców” poszedł do miasta ocenić sytuację: „Czy utworzono w mieście sowiecką komendanturę? Czy trzeba się tam zameldować?”.

Moja siostra Marianne, która mieszkała z rodzicami w Kudowie od kwietnia 1945, należała właśnie do takich „zwiadowców”. Ponieważ nasz dom był dość blisko od miejsca postoju transportu, Marianne zaraz przy nim była. Szarpnęła za klamkę, jednak drzwi były zamknięte. Spróbowała więc u Josefa Rothera – z tym samym skutkiem. Gdy wracała zrezygnowana, akurat wyszedłem przed dom. Można się domyślać, jak wielką czułem radość: nie mieliśmy o sobie żadnych wiadomości od przeszło czterech tygodni. Ostatni list wysłałem jeszcze z jednostki RAD w czasie wojny – z zupełnie innego świata! Radość była tym większa, że wraz z Marianne powróciła mama.

Nasz dom przetrwał wojnę prawie bez szkód, tak jak większość budynków w górnej części Sobótki. Wyleciało kilka szyb, brakowało trochę dachówek, ale cóż to w porównaniu ze zniszczeniami w dolnym mieście? Wewnątrz wyglądało jednak jak po „wojnie siedmioletniej” i potrzebowaliśmy wielu dni, żeby uprzątnąć chociaż w połowie. Brakowało mnóstwa rzeczy, w tym mojego roweru i skrzypiec oraz rajtarskiego pistoletu i ładownicy, pamiętających jeszcze wojny śląskie[1]. Broń tę rodzice znaleźli w ziemi zaraz po nabyciu domu w 1929 roku[2], a ja używałem jej potem w trakcie zabawy w Indian. I tak nie dało się z tego strzelać… Meble zostały wszystkie, z fortepianem włącznie. Dostaliśmy za niego potem kawałek wołowiny.

Ogród zasłoniły wysokie pokrzywy, a wzdłuż płotu posesji sąsiada Georga Klosego ciągnął się rząd dziesięciu dołów strzeleckich. Najwyraźniej zaraz po szturmie na początku maja Rosjanie musieli się u nas w ogródku okopać i tu oczekiwali na niemieckie kontrnatarcie. W dołach leżały jeszcze porozdzielane części naszych materaców, znalazłem też parę granatów. Jabłonka była rozdarta, najprawdopodobniej właśnie z powodu ostrzału z granatnika.

W jednym z dołów była usypana pryzma ziemi. Kiedy chciałem ją wyrównać, okazało się, że leżał pod nią martwy rosyjski żołnierz. Pochowaliśmy go pod murem miejskim.

Co do naszych odczuć, to muszę przyznać, że czuliśmy się… „uwolnieni”! Całkiem bezpiecznie moglibyśmy sobie teraz słuchać BBC, tyle że nie mieliśmy już żadnego radia. Nie było obowiązku szkolnego – nie było bowiem szkół!

Nasze myśli krążyły przede wszystkim wokół pytania „Co będziemy dzisiaj jedli?”, „Jak się nasycić?”. Prośba do Stwórcy: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” stała się bardzo aktualna i do bólu rzeczywista, bowiem chleb stał się niemal nieosiągalnym rarytasem. Stodoły w czasie walk spłonęły, a wraz z nimi zapasy zbóż. Mięso? Nie do pomyślenia! W lutym, gdy zbliżał się front, chłopi rozwiązali bydło i wygnali je ze stajen. Wtedy była zima, teraz wszędzie leżały zwierzęce trupy. Czasami trzeba było zabić konia, ustawialiśmy się wtedy w kolejkę przed zakładem rzeźnika Schadecka na Bergstrasse 5. Kto zjadłby wcześniej koninę? Ratowały nas też stare ziemniaki, które wciąż leżały w piwnicach. Dzięki garstce mąki i kopru z ogródka mama „wyczarowywała” nam posiłki. Na szczęście pojawiły się już pomidory, ogórki i owoce w ogrodzie; wszystko to pozwalało zaspokoić głód. Doskonale pamiętam, w jaki sposób po raz pierwszy po wojnie najadłem się do syta: w Hubertushofie[3], około 12 kilometrów za Sobótką, była najbliższa cukrownia. Tam składowano wysuszone wysłodki buraczane[4]. Kobiety (mężczyźni musieli pracować) chodziły pieszo z wózkami i przyciągały w ten sposób pełne worki. Gotowano z tego syrop buraczany. Pewnego dnia mama nasmażyła placków ziemniaczanych, które zjedliśmy polane syropem. Spałaszowałem szesnaście sztuk! Sensacją był jednak pierwszy tłuszcz: olej rzepakowy! Na polach Rogowa zakwitł rzepak. Właścicieli nie było i nikt nie zadbał o zbiory. Nikt, poza kobietami, które wyposażone w wózki, pałatki i worki udawały się do tej wioski, gdzie wyrywały rzepak z ziemi rękoma, następnie otrząsały owoce żółtej rośliny do pałatek. Mełły wszystko na miejscu, niczym w epoce kamienia łupanego. Rzepakowe kuleczki rozdrabniano potem w domu w młynku do kawy, następnie ogrzewano nad parą w płóciennym woreczku, by w końcu wycisnąć jego zawartość w prasie do bielizny. Wtedy zaczynała płynąć złotożółta oliwa. Teraz mogliśmy nawet przysmażyć ziemniaki! Pamiętam, że do tego, co pozostało w prasie, mama dodała odrobinę mąki i sporo syropu buraczanego, następnie upiekła z tej masy ciasto. Z początku smakowało dosyć osobliwie, ale naprawdę można było się najeść!

W myśl starego powiedzenia, że „potrzeba uczy się modlić”, na nabożeństwach było bardziej tłumnie niż w czasie wojny. Ponadto niektórzy dawni towarzysze partyjni przekonali się, że Hitler nie był znowu taki największy. Pod koniec maja chodziliśmy już na majówki do leśnej kapliczki, a niedzielne msze odprawiane były przez proboszcza Machunze i kapelana Thönelta w nieznacznie zniszczonym kościele św. Anny.

Wodociągi w Sobótce w większej części pozostały nietknięte, więc nie było problemów z piciem: mięta rosła w ogródku, liście lipy na drzewach. Dostawy prądu także wznowiono dosyć szybko. Mimo to szalał tyfus i czerwonka. Nie było żadnego lekarza, ludzie leczyli się sami węglem. Również tata zachorował na czerwonkę, po chorobie ważył zaledwie 55 kilogramów.

Ton w mieście nadawali teraz komuniści. Było to kilku nieszkodliwych, starszych ludzi, którzy zostali upoważnieni do reprezentowania władz przez rosyjskie zwierzchnictwo[5]. Jako symbol swojej rangi nosili na ramionach czerwone opaski, pamiętam, że do każdego zwracali się per „ty”. Naturalnie dotychczasowy burmistrz – Schnabel – nie miał już za wiele do powiedzenia, władzę sprawował Niemiec (?) znad Wołgi, o nazwisku – o ile dobrze sobie przypominam – Marcinkowsky[6].

Pewnego dnia ogłoszono postanowienie o powszechnym obowiązku pracy. Wszyscy mężczyźni musieli stawić się na rynku. Kolega z WPZ, Hubertus Sandmann, którego ojciec był murarzem, poradził mi, żeby dołączyć do ekipy murarskiej. Tak też uczyniłem i zostałem pomocnikiem na budowie. W końcu i tak nie uruchomiono jeszcze żadnej szkoły.

Już w czerwcu przybyli do miasta pierwsi Polacy[7]. Najpierw były to zalążki polskiej administracji wraz z milicją, następnie ludność wiejska z zagarniętego przez Rosjan wschodu. Któregoś dnia stanął u nas w progu młody człowiek w milicyjnym mundurze. Był to Henryk Majczyk, który wyjaśnił, że od teraz jest panem w tym domu. Bogu dzięki nie miał rodziny, wiec zajął jedynie salon i pokój obok. Naszej czwórce pozostały zatem do dyspozycji dwie sypialnie i kuchnia.

Do państwa Klose wprowadził się za to spokojny, starszy człowiek z rodziną. Przyszedł do nas kiedyś i próbował porozmawiać z tatą, ale były z tym trudności, ponieważ tata nie mówił po polsku, a „pan” od sąsiadów znał tylko kilka zwrotów po niemiecku.

Wszelkiego rodzaju magazyny i składy były konfiskowane, a następnie dozorowane przed grabieżą. Dotyczyło to także inwentarza: ostatnich dziesięć krów mlecznych umieszczono w stajni Maksa Scholza w dolnej części Reichenbacherstrasse. Nocami musiały być pilnowane… przez Niemców! Każdy człowiek był zobowiązany do odsłużenia swojej „nocki”.

Dużym problemem był brak odzieży. Domy były doszczętnie splądrowane, a tego, co przetrwało (tak jak w naszej zakopanej skrzyni), nie nosiliśmy, żeby nie wzbudzić podejrzeń u naszych nowych „panów”. W pracy już w ogóle musiałem wyglądać jak włóczęga. Tym bardziej zdumiałem się, gdy polski burmistrz zaproponował mi nawet krzesło, kiedy wniosłem mu wapno czy cement z magazynu.

Wpis z kalendarza:

„29 czerwca 1945: Sobótka będzie ewakuowana!”


Nie wiedzieliśmy niczego o efektach postanowień podjętych w Poczdamie, nie mieliśmy też radia, a gazety jeszcze się nie ukazywały. Tego dnia milicjanci chodzili od domu do domu i nakazywali ludziom niezwłoczne stawienie się na rynku w celu wymarszu na zachód. Wyruszyliśmy więc z tatą (mama z Marianne były w Kudowie), ciągnąc ręczny wózek wypełniony najpotrzebniejszymi rzeczami. Nagle z tłumu wyłonił się Hubertus Sandmann, z którym pracowałem na budowie, i powiedział, że murarze będą jeszcze w Sobótce potrzebni, wobec czego nie podlegają obowiązkowi opuszczenia miasta. Odetchnąwszy z ulgą, wróciliśmy do domu. Nocą wróciły też mama i Marianne, bardzo zaniepokojone, ponieważ dowiedziały się po drodze, że wszystkich Niemców wypędzono! Oczywiście obie nie posiadały się z radości, że mimo wszystko wciąż jesteśmy w domu.

Po około tygodniu pierwsi „wypędzeni” wrócili do miasta. Milicyjna eskorta gnała ich na zachód od wioski do wioski. Pewnego poranka okazało się, że… straże zniknęły! Zawrócili więc i powoli, z olbrzymim wysiłkiem, doszli do Sobótki. Swoje domy zastali splądrowane.


Wpis z kalendarza:

„10 sierpnia 1945: Klaus Klar zginął na minie”


Z obu stron Czarnej Wody, pomiędzy Sobótką i Rogowem, od połowy lutego do maja miały miejsce najcięższe walki. Łąki po obu stronach rzeczki zaminowano i w tym obszarze dochodziło tuż po wojnie do wielu tragedii. Ofiarami byli zarówno Polacy, jak i Niemcy, tak jak Klaus, zaledwie czternastoletni chłopiec.

Któregoś dnia szliśmy w grupie do pracy. Taszczyliśmy, jak zawsze, wózek ze sprzętem i cement wraz z wapnem. W pewnej chwili jakiś milicjant skierował nas jednak w kierunku „granicy” (tak nazywaliśmy płynącą pomiędzy Sobótką a Rogowem Czarną Wodę), aby ratować kogoś, kto wszedł na minę. Zważywszy na to, że podobnych ładunków zakopuje się więcej niż jeden, akcja ta była niebezpieczna dla naszego życia. Obróciliśmy więc wóz tyłem na przód i manewrując dyszlem posuwaliśmy się do przodu. W ten sposób w razie spotkania miny w powietrze wyleciałby wóz, nie my. Na nasze szczęście ktoś już pomógł ofierze (jakiemuś Polakowi) i nie musieliśmy zapuszczać się dalej w ten niebezpieczny rejon.

Pamiętam, jak kiedyś latem ktoś zawołał mnie na ulicy. To był Johannes Schote, kolega ze szkoły i późniejszy kompan z baterii przeciwlotniczej. Leżał w furmance na sianie i na powitanie pomachał mi kikutem nogi. Okazało się, że Johannes przeżył służbę w naszym Heimatflaku we Wrocławiu bez większych ran. Nie chciał trafić do sowieckiej niewoli i wraz z dwoma towarzyszami, Grunertem i Eberhardem Schmidt-Cassdorfem, wymknęli się z opanowanego przez Rosjan Wrocławia. Dotarli bardzo blisko Sobótki, widzieli już miasto w świetle księżyca, ale przechodząc przez druciany płot stanęli na minach i wylecieli w powietrze. Nie wiedzieli, że ów płot otaczał zaminowany obszar. Eberhardowi się udało i pobiegł do najbliższej wioski po pomoc. Wrócił z taczką, na której chciał przewieźć rannych, jednak tym razem także i on wszedł na minę. Znów dopisało mu wielkie szczęście, ponieważ wybuch miny zniszczył jedynie taczkę. Chłopak ponownie pobiegł po pomoc… i więcej już go nie widziano. Jacyś ludzie przetransportowali Johannesa do rosyjskiego lazaretu, gdzie amputowano mu nogę do kolana.

Najgorsza w tych „polskich czasach” była absolutna niepewność. Człowiek czuł się, jakby stąpał przez grzęzawisko: każdy krok był niewiadomą. Do kościoła św. Anny chodziliśmy najkrótszą drogą, przez promenadę wzdłuż cmentarza (dzisiaj jest to Aleja Św. Anny). Podczas przejścia przez miasto trzeba było się liczyć z tym, że którykolwiek Polak czy Rosjanin mógł Niemca zatrzymać i przymusić go do jakiejkolwiek pracy. Pewnego dnia wtargnęło do naszego (czy jeszcze?) domu kilku milicjantów i pod pretekstem ukrycia broni i radia urządzili rewizję. Tata musiał przerzucić zapas węgla, jaki mieliśmy w szopie. Uczynił to z wielkim trudem, ponieważ w wyniku przejść jeszcze z pierwszej wojny światowej pozostało mu tylko jedno płuco, o chorym sercu nie wspominając. Problem polegał jednak na tym, że pod stertą węgla leżała nasza krócica[8], z której strzelaliśmy latem do szpaków obsiadających wiśnie. Bogu dzięki milicjanci niczego nie odkryli, ale po tym przeszukaniu dom wyglądał tak, jak po naszym powrocie w maju.

Pamiętam, że gdy w moje urodziny siedzieliśmy razem z Franzem Fischerem, Hubertem Adamitzą, Rudolfem Klennerem i Franzem Klose, przyszedł nasz „pan”, Henryk, i wydało mu się, że spiskujemy. Wściekł się bardzo, a że był kompletnie pijany, z wielkim trudem udało nam się go udobruchać. Przypominam sobie, że jak mama zachorowała zimą na grypę, podał jej – jako lekarstwo – szklankę wódki! Innym razem odkrył w rodzinnym albumie fotografię naszego kuzyna, Arthura Andersa, w czarnym mundurze wojsk pancernych. Ujrzeliśmy potem to zdjęcie, a w zasadzie wyciętą twarz, przyczepione do ściany. Okazało się, że Majczyk z powodu czarnego munduru uważał kuzyna Arthura za esesmana. Cóż, gdybym miał jednym zdaniem opisać naszego „pana”, napisałbym po prostu, że był on właściwie nieobliczalny.

Kiedyś stałem w ogrodzie koło płotu od strony domu Klosech. Nagle poczułem za plecami czyjąś obecność. Był to ruski sołdat w mundurze czołgisty. Chwała Bogu, karabin wisiał mu na plecach, ale mimo to nie wiedziałem, co zamierza. Powiedział coś do mnie, oczywiście po swojemu. Po niemiecku rozumiał mniej więcej tyle, co ja po rosyjsku: czyli poza „Wojna kaput, do domu!” absolutnie nic. Nasza rozmowa polegała więc na gestykulacji i domysłach. W pewnej chwili Rosjanin sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął garść machorki. Z drugiej kieszeni wystawała mu „Prawda”. Oderwał kawałek gazety i pokazał mi, w jaki sposób skręcić papierosa. Po chwili zapaliliśmy, można by rzec, „fajkę pokoju”. Jestem bardzo wdzięczny temu „Iwanowi” za ludzki gest. Mam nadzieję, że dobrze mu się powodzi, gdziekolwiek jest – pomiędzy Moskwą a Kamczatką!

Na początku listopada zamknięto większość dawnych „towarzyszy partyjnych”, a przy tym także mojego szefa z budowy Bertholda Sandmanna oraz jeszcze jednego kompana z murarskiej ekipy, Benthuesa, który przed wojną był adwokatem. Z tego, co wiem, w sobóckim areszcie potraktowano zatrzymanych bardzo źle, następnie przetransportowano ich do Wrocławia na Kletschkaustrasse. Pan Sandmann leżał potem długo w szpitalu w Sobótce, z czego przez trzy tygodnie nieprzytomny walczył ze śmiercią. Naszego sąsiada, Georga Klosego, który – podobnie jak tata – nigdy nie był w NSDAP, milicjanci zatrzymali bez podania jakichkolwiek zarzutów. Zwolniono go po trzech dniach. Lepiej nie pytać, w jakim był stanie… Zrozumiałem, że nad Niemcami pojawiło się nieprzewidywalne zagrożenie.

Pomimo nieprzychylnej rzeczywistości próbowaliśmy kształtować nasze życie w wartościowy sposób. W tym celu podejmowaliśmy rozmaite aktywności, związane najczęściej z Domem Św. Ignacego albo kościołem parafialnym.

Pod koniec lata zmieniło się szefostwo naszej ekipy budowlanej. Pojawił się „Błękitek”. Był to młody Polak, który twierdził, że jest inżynierem budowlanym. Zarządzał obiema ekipami, czyli murarską i dekarską. Nie pokazywał się bez szykownego, jasnoniebieskiego kapelusza z weluru, stąd właśnie wzięło się jego przezwisko. Mniej więcej od tego momentu dostawaliśmy nawet wypłatę: 50 złotych tygodniówki, co wystarczało akurat na chleb. Pewnej soboty, czyli w dzień wypłaty, „Błękitek” nie pojawił się w pracy. Po prostu przepadł – z naszymi pieniędzmi!

A jak zakończył się 1945 rok?

Zrealizowaliśmy zlecenie, którego rezultaty widoczne są do dzisiaj. Ale po kolei…

W 1813 roku we Wrocławiu utworzono korpus ochotników[9], którego centrum rekrutacji znajdowało się w zajeździe przy ulicy Schmiedebrücke[10]. Korpusem tym dowodził baron von Lützow[11], a jego formowanie odbywało się w Sobótce. Przed wyruszeniem na wojnę z Napoleonem żołnierze zostali pobłogosławieni w kościele w Górce. Dlaczego nie w Sobótce? Ponieważ nie było u nas jeszcze kościoła ewangelickiego, ale za to sto lat później odsłonięto przy wschodniej ścianie świątyni parafialnej pomnik ku czci wojska Lützowa. Autorem monumentu był wrocławski artysta, profesor von Gosen[12]. Rzeźba przedstawiała modlącego się jeźdźca z korpusu Lützowa[13], dosiadającego nadnaturalnej wielkości dzianeta. Całość stała na granitowym cokole z dwiema tryskającymi wodą lwimi głowami.

Polak kierujący wykonaniem zadania, pan Letwont, zwołał naszą grupę na 31 grudnia[14]. Okazało się, że będziemy rozbierać pomnik. Kiedy udało się tego kamiennego olbrzyma odchylić za pomocą wyciągarek o około 30 stopni, wlazłem po drabinie na górę i założyłem jeźdźcowi pętlę na szyję. Za drugi koniec ciągnęła na dole grupa Niemców, których chłostał przy tym polski nadzorca. Figura powoli zaczęła się pochylać, w końcu z przeraźliwym łoskotem uderzyła o granitowy cokół i roztrzaskała się na kilka części. Tego dźwięku do dzisiaj nie zapomniałem[15].

Pomimo pracy w sylwestra udało nam się jednak powitać Nowy Rok razem. Pamiętam, że Franz Fischer życzył mi… dalekiej podróży.

Zimą na budowach nic się nie działo. W lutym przeszedłem do ekipy dekarskiej, w której pracowali majster Barth, Paul Kluge, Jonas, Alfred Bittner (mistrz blacharski) oraz Huber Adamitza i ja – jako pomocnicy. Pierwszym zadaniem dla tej brygady była reperacja dachu w Domu Strzeleckim[16]. Zlecenie wykonaliśmy brodząc w śniegu. Poza tym nasza praca polegała na naprawianiu uszkodzonych w czasie wojny dachów w domach naszych nowych „panów”. Najciekawszym zadaniem było jednak czyszczenie wnętrza kominów browaru w Górce. Odziani w kąpielówki, z workami na głowach, trzymając miotły z chrustu, posuwaliśmy się wewnątrz komina dzięki uchwytom na samą górę – aż mogliśmy wyjrzeć na zewnątrz z samego wierzchołka. To była ciężka robota, ale dostawaliśmy za to porządny obiad i nawet piwo!

Mam pamiątkę po majstrze dekarskim Barthu: skórzany portfel, którego nadal używam przyjeżdżając na Śląsk. Idealnie pasuje do polskich pieniędzy! Portfel ów dostałem od niego w zamian za sweter Wehrmachtu, który był za duży i na mnie, i na tatę (w ostatnich dniach wojny jakiś żołnierz wymienił go u nas na cywilne łachy). Takie to już były czasy, że kiedy czegoś nie dało się kupić, można było to zdobyć poprzez wymianę.

Najstraszniejsze, co przeżyłem w ciągu tego powojennego roku, zdarzyło się 17 maja 1946. Wracaliśmy około wpół do ósmej z Franzem Fischerem i Peterem Hartmanem z majówki. Koło bramy domu Georga Klosego tłoczyła się grupa ludzi, żywo o czymś dyskutując. Dowiedzieliśmy się, że w rowie obok willi Beyerów leży broczący krwią mężczyzna. Był to „Papa” Kneifel, emerytowany nauczyciel przyrody. Pobiegliśmy natychmiast we trójkę do szpitala po nosze. Nie mogę, wręcz nie chcę opisywać wyglądu naszego starego profesora.

Mały, siedmioletni wówczas Peter Klose opowiedział, że Papa Kneifel siedział sobie na ławce przy promenadzie. Tam napadło na niego dwóch Polaków, którzy go – starego, bezbronnego człowieka – dotkliwie pobili, a potem wielokrotnie ugodzili nożami, następnie wrzuciwszy do rowu – uciekli.

Zanieśliśmy ciężko rannego do szpitala. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy nie chciała nas wpuścić katolicka niemiecka zakonnica, ponieważ nie mieliśmy… pozwolenia od polskiego burmistrza!

Koło 22.30 w wyniku odniesionych ran profesor Kneifel zmarł. Dwaj polscy lekarze, którzy się nim zajmowali, ustalili poza obrażeniami wewnętrznymi 41 ran zadanych przez pchnięcie nożem. Nic mi nie wiadomo na temat schwytania sprawców.

Wojna skończyła się ponad dwanaście miesięcy temu. Nam wciąż nie przysługiwały żadne prawa.

Przekład, opracowanie i przypisy: Michał Skrzypek

[1] Trzy wojny w latach 1740–1763 pomiędzy habsburską Austrią a Prusami Hohenzollernów. W ich wyniku większość Śląska, wraz z ziemią kłodzką, znalazła się w państwie pruskim.

[2] Autor wcześniej pisał, że jego rodzice ów dom odziedziczyli (patrz też: „Willa Partschów”).

[3] Pustków Żurawski, wieś w gminie Kobierzyce, do 1937 r. nazywała się Puschkowa

[4] Produkt uboczny w przemyśle cukrowym, wysłodki znajdują zastosowanie jako pasza dla bydła.

[5] „Do organizacji życia podbitej ludności i zwycięzców konieczne było nawiązanie kontaktu między komendantami radzieckimi w powiatach a przedstawicielami miejscowej społeczności. Często byli to dawni urzędnicy lub ujawniający się gdzieniegdzie niemieccy komuniści i antyfaszyści. Niemieckie zarządy działały w Dzierżoniowie, Ząbkowicach, Kłodzku, Bystrzycy, Wałbrzychu i Kamiennej Górze. Istniała tam nawet niemiecka milicja [...] Zmiany granic nie były jeszcze określone, nie wiedziano o nich lub nie wierzono w nie, a kontakty pomiędzy komendantami i przedstawicielami Niemców łudziły tych ostatnich, że ziemie te stanowią po prostu tereny okupowanych Niemiec. Po zakończeniu wojny Rosjanie mieli odejść na wschód”. M. Ruchniewicz, Dolny Śląsk w latach 1945–2005, [w:] Dolny Śląsk. Monografia historyczna, red. W. Wrzesiński, Wrocław 2006, s. 639.

[6] Niemcy nadwołżańscy byli potomkami zesłańców wywiezionych w głąb carskiej Rosji. Centralnym ich skupiskiem było miasto Pokrowsk (od 1924 r. Engels). W obrębie Związku Radzieckiego utworzyli Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką Niemców Nadwołżańskich (Autonome Sozialistische Sowjetrepublik der Wolgadeutschen), liczącą w 1941 r. ok. 600 tysięcy mieszkańców, z czego dwie trzecie było pochodzenia niemieckiego. Na terenie Polski pojawiali się jeszcze w czasie okupacji, zajmując gospodarstwa po wysiedlonych Polakach. Bogdan Hasiński z Gostynia wspomina to tak: „W 1941 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków z miasta i wsi do Generalnego Gubernatorstwa. Na ich miejsce, szczególnie na wsiach, przybywały tabuny brudnych pseudo-Niemców [...] pod koniec 1941 r. zaczęły napływać całe watahy Wolgadeutsche [...] Całe to tałatajstwo było szczególnie wredne, z wszystkimi nawykami ruskiego kraju, w którym się wychowywało. To oni, nie znając nawet dobrze niemieckiego, wyzywali nas „verfluchte Polen” i kopali. Były to szczeniaki w naszym wieku, łażące w takt werbli i trąbek, ubrane w te ich mundurki Hitlerjugend” (B. Hasiński, Wspomnienia z wojny 1939–1945, cz. 4, „Nowa Gazeta Gostyńska” 2009, nr 24, s. 8).

[7] Według oficjalnych danych pierwsi polscy osadnicy przybyli już 28 maja 1945 (www.sobotka.pl/kalendarium_historyczne, stan na dzień 29 czerwca 2009 r.).

[8] Historyczna broń palna, jej cechą charakterystyczną była krótka lufa.

[9] Freikorps.

[10] Dzisiaj: ul. Kuźnicza.

[11] Ludwig Adolf Wilhelm von Lützow (1783–1834) rozpoczął formowanie swojego freikorpsu 3 lutego 1813 roku w odpowiedzi na odezwę cesarza Fryderyka Wilhelma III. Korpus wyruszył z Rogowa 27 marca 1813 r. Oddział składał się głównie z młodych ludzi, a najbardziej znanym był poeta Theodor Körner, adiutant von Lützowa, który poległ 26 sierpnia 1813 r. (w Sobótce Körner zatrzymał się w domu przy Schweidnitzerstrasse, dzisiaj znajduje się tam tablica upamiętniająca ten fakt). Korpus von Lützowa specjalizował się w działaniach zaczepnych i partyzanckich wobec oddziałów francuskich. Został rozbity w czerwcu 1813 roku, samego dowódcę uznano jednak za bohatera narodowego i najsłynniejszego oficera w czasie wojny z Napoleonem. Barwy korpusu: czarne mundury, czerwone wypustki i złote guziki stanowią dzisiaj barwy narodowe Niemiec.

[12] Theodor von Gosen (1873–1943), rzeźbiarz i medalier niemiecki, profesor Królewskiej Szkoły Sztuki we Wrocławiu (1905–1932).

[13] „Der betende Lützower”, sam autor pracę nad pomnikiem wspominał tak: „Od roku 1910 do 1913 zajęty byłem wielkim jeźdźcem dla Sobótki. Abstrahując od niezwykle trudnego zadania, jakie stanowi postać jeźdźca, zwłaszcza, że nie miałem w tej materii żadnego doświadczenia, praca była także z czysto technicznego punktu widzenia niezwykle złożona. Wysoki na prawie 4 metry jeździec został wykuty z jednej bryły. Ciężko było uzyskać odpowiedni nienaruszony blok skalny. Cztery takie bloki wydobyto z kamieniołomów z okolicy Würzburga, zanim uzyskano odpowiedni. Kolejny problem stanowił transport. Przewóz koleją nie przysporzył szczególnych kłopotów, ale przetransportowanie głazu z dworca w Sobótce do położonego na wzniesieniu kościoła nie było proste. Z kamieniołomów w Radkowie trzeba było sprowadzić ciężki wóz z szóstką koni, podeprzeć wszystkie mosty na drodze, ją zaś samą – jako że działo się to zimą i było ślisko – wysypać piaskiem. Najtrudniejsze było ustawienie bloku kamiennego na wąskim, szerokim tylko na metr postumencie. [...] Wokół bloku w Sobótce zbudowano następnie szopę z desek, w której potem wraz z trzema kamieniarzami całymi miesiącami wykonywałem pracę w kamieniu” (T. von Gosen, Autobiografia, [w:] J. Sakwerda, Theodor von Gosen. Medale, przeł. W. Bielik, Wrocław 1993, s. 16–17).

[14] Autor dodaje, że członkiem ekipy był również rzeźbiarz o nazwisku Allert. Niestety nie udało mi się odnaleźć informacji na temat tego artysty.

[15] Historia o rozbiórce pomnika jest o tyle ważna, że różne źródła (m.in. strona internetowa Ossolineum: www.oss.wroc.pl/dobrzyniecki) jako datę rozbiórki podają rok 1948. Ponadto krąży plotka, jakoby figura nie uległa zniszczeniu i zakopano ją gdzieś w całości.

[16] Schützenhaus – strzelnica.

http://www.e-znaczenia.pl/?p=865
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 01 sty 2021, 20:26

Sylwestrekk: Ślęża i Radunia 👣 Podsumowanie roku ZOZO
1 sty 2021

https://www.youtube.com/watch?v=RF6ebdrVfns


LabTrekking
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 04 sty 2021, 16:49

Szczodre Gody - Święto Rodzimowierców w Osadzie Mokoszy pod Górą Ślężą
Premiera rozpoczęła się 17 godzin temu

https://www.youtube.com/watch?fbclid=IwAR04BIQZV18nbleTiczvnAL6nQsKT4V3OFp-ME8qVVZli4m1QBevfNhZXL0&v=bgwELLrVWFg&feature=youtu.be


NTV Zdrowie i duchowość

Szczodre Gody - Święto Rodzimowierców w Osadzie Mokoszy pod Górą Ślężą
Rodzima Wiara:
https://rodzimawiara.org.pl/
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » wtorek 05 sty 2021, 00:07

Ślęża na morzu mgieł.
Zdjęcie wykonane z Kalenicy w Górach Sowich. Autor Jacek Rangno

Obrazek

Cudowne zdjęcie, wygląda jak wyspa wynurzająca się z morza🌹
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » wtorek 26 sty 2021, 23:32

Ślęża, Radunia, Czernica, Grota Walońska. Wejście na Ślężę drogą Eugeniusza z 1909r.
17 sty 2021

https://www.youtube.com/watch?v=-Nu3vIlL6EQ


klimus80


Góra Ślęża ciekawostki
14 sty 2021

https://www.youtube.com/watch?v=IHZbviam7xs

Ma Gro
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » środa 03 lut 2021, 23:51

Ślęża Sobótka i nieczynny zakład Browaru
18 gru 2020

https://www.youtube.com/watch?v=T7d8STbTbJw

jareckibielawa
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 08 lut 2021, 16:54

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 20 lut 2021, 20:03

Góra Radunia Masyw Ślęży, szlakiem Parku Narodowego w powiecie wrocławskim.Odkrycie na szczycie
Data premiery: 2 sie 2020

https://www.youtube.com/watch?v=T3oQI6eOA4o

Natura sama hula
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 07 mar 2021, 23:09

Amfiteatr Sobótka 2020
Data premiery: 17 maj 2020

https://www.youtube.com/watch?v=m-Zs3ujs0jI

Foto Video Sobótka

Lata 1929-1930 , Amfiteatr. Obiekt umieszczony na terenie starożytnego kamieniołomu granitu, w którym wydobycie trwało aż do ok. 1830 r., został zbudowany z rozmachem, bo na 1400 miejsc. W latach 1926-1929 grano tu sztuki nawiązujące do historii Ślęży i regionu. Z kolei w latach 1929-1930, organizacja teatralna z Wrocławia - "Schlesische Bühne", wystawiła tu kilka razy "Schlesierspiele" - były to nacjonalistyczne przedstawienia dotyczące historii Śląska. W 1930 r. amfiteatr został zamknięty ze względów bezpieczeństwa zapewne z uwagi na zły stan techniczny. W latach 1933-1934 zaprzestano grania tu jakichkolwiek przedstawień. Za czasów hitlerowskich postanowiono przekształcić go w tzw. "Thingstätte" - specjalny nazistowski teatr pod niebem, służący widowiskom propagandowym, wiecom NSDAP i podobnym ówczesnym organizacjom. Projekt budowy zakładał zbudowanie obiektu na 50 000 miejsc. Z realizacji tak ogromnego przedsięwzięcia jednak nic nie wyszło. Podczas II wojny światowej obiekt rozebrano na materiał do budowy linii obronnych. Po wojnie odbudowany i otwarty w czerwcu 1957 r. Długie lata służył wielu koncertom i przedstawieniom. Ostateczny koniec nadszedł w latach 70., kiedy to spłonęła scena i zaplecze obiektu.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » środa 10 mar 2021, 17:35

Sobótka Film o Sobótce z 1995 roku.
26 sty 2020

https://www.youtube.com/watch?v=u5rSfhu1Q8E
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 15 mar 2021, 15:46

Radunia koło Ślęży poszukiwanie szybu kopalnianego
15 mar 2021

https://www.youtube.com/watch?v=QFj9oeZBwaE

jareckibielawa
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 20 mar 2021, 16:43

Owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu oraz przeznaczenia, jako że odprawiano na niej przeklęte pogańskie obrzędy.

Gaj Limijski – święta góra Celtów i Germanów

Obrazek
Historyk Tacyt
Znakomity rzymski historyk Tacyt pisał o świętym gaju Nahanarwalów (plemienia związanego z Wandalami):

U Nahanarwalów wskazuje się gaj, który jest siedzibą dawnego kultu. Przewodniczy mu kapłan w niewieścim stroju, lecz jako bogów wymieniają uczeni, stosownie do rzymskich pojęć, Kastora i Polluksa; taka jest istota tych bóstw, a imię Alkowie (Alci). Żadnych nie stawia się im posągów, żaden ślad na obecność kultu nie wskazuje; w każdym razie czci się ich jako dwóch braci, jako dwóch młodzieńców.

Część historyków uznawała, iż opis ten odnosi się do Jeseników, gór leżących na dawnym pograniczu Czech i Śląska, część jednak, na czele z niemieckim historykiem Jahnem, twierdziła, że odnosić się może jedynie do Ślęży. Podstawę takiego twierdzenia dawało znane z innych źródeł określenie owych bóstw jako Asci, nie zaś Alci. Na mapie słynnego greckiego geografa okresu starożytności Ptolemeusza występuje nazwa Asci(e)burgium, którą śląscy kronikarze okresu nowożytnego, w tym autorzy świdniccy, tacy jak Daniel Czepko von Reigersfeld, czy Ephraim Ignaz Naso, jednoznacznie łączyli ze Ślężą. Jeśli asci to pnie jesionu, któremu Germanowie oddawali boską cześć, to burgium oznacza miejsce niedostępne, zamek, twierdzę. Idealnie odnosi się ono do Ślęży z jej niedostępnością, której wierzchołka bronią wielkie mury ułożone z wielkich głazów i kamieni.

Kolejną nazwą występującą w wykazie nazw geograficznych Ptolemeusza, związaną ze wschodnią Germanią, jest limios alsos, czyli Gaj Limijski, którą część badaczy wiąże z naszą Ślężą. Niemiecki uczony Ludwig Schmidt sądził nawet, iż nazwę tę zamiast Limios należałoby odczytywać jako (Si)lingios, czyli miejsce gdzie zamieszkiwała część plemienia Silingów, wiązana z Wandalami i Nahanarwalami. Sposób jego dowodzenia nie został przez naukę przyjęty za wystarczająco mocny, niemniej jednak badacze przyjmują dziś bez większych zastrzeżeń, iż Ślęża stanowiła również miejsce kultu dla ludów germańskich oraz celtyckich, które prawdopodobnie mieszkały na tym terenie wspólnie, tworząc swoisty rodzaj symbiozy i udzielając rzadkiego w historii przykładu bezkonfliktowej koegzystencji w postaci związku plemiennego Lugiów. Do takiego przekonania doszli chociażby tacy słynni polscy historycy, jak Henryk Łowmiański czy też Jerzy Strzelczyk. Ten ostatni sugerował nawet, iż Nazwa dzielnicy [Śląska], a zarazem rzeki tam płynącej [Ślęzy], mogą wywodzić się etymologicznie (choć nie muszą, możliwe są bowiem także inne, słowiańskie etymologie) od nazwy germańskiego plemienia Silingów, które stanowiło część (odłam) Wandalów.

Sobiesław Nowotny
Tam, gdzie druidzi odprawiali swe tajemne praktyki.

Skoro omówiliśmy pokrótce związki Germanów ze Ślężą, warto zatem obecnie bliżej przejrzeć się Celtom. Ten tajemniczy lud, którego korzenie mają niewątpliwie wiele wspólnego z indoeuropejską wspólnotą językową, wywodzi się z terenów dzisiejszej Szwajcarii, Francji i Zachodnich Niemiec.
Według części badaczy kolebką Celtów miały być okolice dorzecza Renu i Dunaju. Na arenę historyczną wkroczyli oni w okresie VII-V wieku p.n.e. Za sprawą dość szybkiego rozwoju cywilizacyjnego (postęp w rolnictwie, metalurgia i kowalstwo metali, głównie miedzi) dość szybko ekspandowali na szerokie obszary Europy. Rozprzestrzenili się do Hiszpanii, dotarli na tereny obecnej Polski, na Bałkany, a nawet na obszary dzisiejszej Turcji. O ich pobycie w różnych rejonach Europy świadczą pozostawione przez nich nazwy geograficzne, tj. Galicja (Polska i Hiszpania), Galacja (Turcja) itp. Ich stałe siedziby znajdowały się również na Śląsku. Językoznawcy przyjmują niemal za pewne, iż dowodów udzielają tu takie nazwy geograficzne jak chociażby Tyniec. Na Dolny Śląsku spotykamy trzy takie nazwy: Tyniec Mały (gm. Kobierzyce), Tyniec nad Ślęzą (gm. Łagiewniki) i Tyniec Legnicki, zwany Wielkim (gm. Ruja). Celtowie zajęli na obszarze Śląska najprawdopodobniej jedynie najbardziej żyzne tereny, gdzie mogli rozwijać podstawową swą działalność związaną z rolnictwem. O ich pobycie świadczą liczne odkrycia archeologiczne. Przyjmuje się, iż na terenach Dolnego Śląska zamieszkiwały głównie trzy grupy celtyckie: Bojowie (znani również terenów Czech), Kotynowie i znani ze źródeł pisanych tzw. Volcae Tectosages. Archeolodzy nie znaleźli jak dotychczas typowych dla Celtów dużych osiedli zwanych oppida, o których wspominał w swych relacjach z wojny galijskiej Juliusz Cezar. Być może w naszych rejonach nie posiadali oni wrogów, aby budować większe założenia zamkowe – chociaż niektórzy historycy niemieccy dopatrują się takiego właśnie rozwiązania w kamiennych murach, ciągnących się wokół szczytu Radunii w Masywie Ślęży.

Za pewnik przyjmuje się natomiast fakt, iż rozległy szczyt samej Ślęży służył Celtom za miejsce kultu. Najważniejszym dowodem na to są liczne kamienne figury wystawione zarówno na szczycie i podejściu na górę, jak również rozsiane u jej podnóża. Chodzi tu o znane większości dolnoślązaków figury niedźwiedzia (być może źle interpretowanego – w dawnych wiekach nazywano je dzikiem), tzw. Panny z Rybą, czy też tzw. Grzyba i Mnicha (te ostatnie związane są najprawdopodobniej z kultem płodności i są wyobrażeniami fallusa). Podobne figury znaleźć można we Francji i w Hiszpanii, na dodatek w miejscach, które zwykle służyły Celtom za miejsca ich kultu religijnego. Warto w tym miejscu dodać, iż część ślężańskich figur opatrzona została wykutym znakiem krzyża w formie litery „X”, co przez część naukowców również wiązane jest z symboliką Celtów. Do symboliki tej wrócimy jednak szerzej w jednym z kolejnych odcinków naszej serii.

O sakralnym charakterze szczytu Ślęży w czasach celtyckich świadczy również tzw. Święta, czy też Sakralna Droga, prowadząca z Sobótki na wierzchołek góry, która miejscami wyłożona została kamiennymi blokami, w innych zaś miejscach została wprost wykuta w skale podłoża. Niewiele wiadomo jednak o samym kulcie, jakiego dokonywano na Ślęży. Z innych rejonów Europy wiadomo, iż ludność celtycka nie zawsze brała bezpośredni udział w sacrum, zajmowali się nim bowiem celtyccy kapłani zwani druidami. Spotykali się oni w ustronnych miejscach – na szczytach gór i w dębowych gajach, gdzie dokonywali swych tajemnych obrzędów. Swe wiadomości przekazywali na zasadzie tradycji ustnej, nigdy nie spisując ani swej wiedzy o świecie, ani tym bardziej informacji o tajemnicach swego kultu. Stąd też wiemy o nich tak niewiele. Ślęża w czasach celtyckich musiała mieć wielki zasięg oddziaływania, a miejsce to musiało być licznie odwiedzane. Wspomniane wcześniej figury wystawiono najprawdopodobniej przy drodze dorocznych pielgrzymek na szczyt góry. Osadnictwo celtyckie na Śląsku w II wieku n.e. musiało być na tyle silne, iż zdołali oni wraz z mieszkającymi tu wspólnie Germanami powstrzymać najazd Rzymian, a następnie dało bazę wypadową dla Celtów, którzy rozprzestrzenili się po Bałkanach i dalej na tereny Azji Mniejszej.

Słowiański Olimp

Po omówieniu bytności Celtów przychodzi czas na kolejną grupę osadniczą na Śląsku, jaką byli Słowianie. Ludy słowiańskie należące do grupy indoeuropejskiej rozprzestrzeniły się po Europie Środkowej i Wschodniej oraz po Bałkanach w okresie od IV do VI wieku n. e.

Naukowcy do dziś nie doszli do jednoznacznego rozstrzygnięcia w kwestii, skąd rzeczywiście pochodzili nasi praprzodkowie. Większość jednak składa się do wniosku, iż pierwotne siedziby Słowian znajdowały się na terenach dzisiejszej Ukrainy, Białorusi i europejskiej części Rosji. Sukcesy podbojów słowiańskich były tym większe, iż wkraczali oni częstokroć na obszary pustki osadniczej – miejsca, z których ustąpili Germanowie i Celtowie.

W niektórych miejscach, być może również na Śląsku, Słowianie, którzy dotarli tu w I poł. VII wieku n.e. napotykali na resztki ludności germańskiej. Ta ostatnia została najprawdopodobniej przez Słowian po prostu wchłonięta. O konkretnych słowiańskich plemionach zamieszkujących ziemie śląskie dowiadujemy się dopiero za sprawą powstałego ok. 845 r. spisu tzw. Geografa Bawarskiego, w którym znalazł się wykaz grodów i okręgów grodowych, nazywanych civitates. Pośród nich wymieniono również najbardziej nas interesujące plemię Ślężan (Slenzane), które obejmowało aż 15 grodów. Większość badaczy bez zastrzeżeń przyjmuje, że ich obszar osadniczy na Dolnym Śląsku rozciągał się w bezpośrednim sąsiedztwie góry Ślęży, i sięgał aż po Wrocław i Niemczę. Bez trudu można zatem dostrzec zbieżność z terenami, które w głównej mierze zasiedlili dawniej Celtowie. Ślężanie zajęli więc najbardziej urodzajne, a przede wszystkim od dawna uprawniane ziemie, stąd też być może w spisie Geografa Bawarskiego znaleźli się na pierwszym miejscu, jako najważniejsze i najpotężniejsze plemię słowiańskie na Śląsku. Dowody archeologiczne potwierdzają dane zamieszczone w spisie Geografa Bawarskiego, co do liczby grodów, jakie mogły do nich należeć.

Ziemia dolnośląska udziela tez licznych dowodów archeologicznych, co do ich pobytu w rejonie góry Ślęży, a nawet w bezpośrednim styku z tą górą (m. in. istnienie osady słowiańskiej w Będkowicach, gdzie urządzono rekonstrukcję kilku chat dawnych mieszkańców tej ziemi). Posiadamy jednak niezmiernie mało informacji na temat roli Ślęży w systemie wierzeń dawnych Słowian. Zwykle przyjmuje się za pewnik, że na Ślęży służono pogańskim bóstwom, idąc za wiarygodną relacją biskupa Thietmara z Merseburga, którą cytowaliśmy w jednym z odcinków naszego cyklu, iż odprawiano na niej przeklęte pogańskie obrzędy. Ciekawe jest jednak wskazanie tego kronikarza, iż owa góra wielkiej doznawała czci u wszystkich mieszkańców z powodu swego ogromu.

Może właśnie sama góra jako taka była przedmiotem religijnego kultu. Wznosi się przecież nagle z prawie płaskiego terenu na dość imponującą wysokość. Pamiętając, iż Słowianie pochodzili z terenów zupełnie płaskich mogła przy pierwszym kontakcie robić na nich wielkie wrażenie. Dodatkowo istniały tu już przecież wcześniej rzeźby kultowe i odprawiano wcześniej różnego rodzaju obrzędy, co z pewnością nie mogło pozostać bez wpływu na przybyszów ze wschodu. Kult świętej góry nie jest bynajmniej obcy innym kulturom słowiańskim. Przytoczyć w tym miejscu chociażby wypada informację o mitologicznej roli góry Řip w Czechach, gdzie dotrzeć miały w pierwszej kolejności plemiona czeskie. Podobnie jak Ślęża dla Ślężan, tak góra Řip stała się świętą dla Czechów. Dla zainteresowanych polecam w tym miejscu Kronikę Czeską autorstwa Kosmasa.

Nie można jednak wykluczyć, iż na szczycie Ślęży odbywał się również kult konkretnych słowiańskich bogów. Ku takiemu przypuszczeniu skłania fakt, iż w czasach chrześcijańskich, aż po dziś dzień, na szczycie Ślęży doprawia się 24 czerwca specjalne nabożeństwo. A przecież pamiętać należy, iż w czasach pogańskich czczono 22 lub 24 czerwca jako najdłuższy dzień w roku poświęcony bogu Słońca. Była to tzw. Noc Kupały. Zbieżność dat nie jest przypadkowa. Wiadomo bowiem, że kościół katolicki starał się zatrzeć dawne święta wprowadzając w dniu ich obchodów swe własne. Czyżby zatem na Ślęży czczono Swaroga czy też Swarożyca – słowiańskiego boga ognia i Słońca? Być może również innych bogów? Na te pytania nie sposób dziś odpowiedzieć. Święta góra Ślęża nadal skrywa tę tajemnicę.

Sobiesław Nowotny
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 22 mar 2021, 14:04

Ośrodek obrządku słowiańskiego

Najbardziej tajemniczą kwestię w dziejach Ślęży stanowi zapewne pytanie, czy szczyt tej góry był w dawnych wiekach ośrodkiem chrześcijaństwa słowiańskiego. Do dziś na ten temat pojawiają się naukowe spekulacje, które w gruncie rzeczy opierają się na interpretacji dowodów archeologicznych, a z drugiej stronie podobieństwach z innymi ośrodkami tego typu, głównie z terenów pobliskich Czech.

Obrazek

Sprawę tę poruszyli w swych pracach między innymi Irena i Janusz Kramarkowie, na łamach głośnej niegdyś książki U źródeł archeologii oraz ostatnio, mieszkający w Kanadzie historyk polskiego pochodzenia, Piotr Kmietowicz, autor pracy Kiedy Kraków był trzecim Rzymem. Aby nasz wywód nie okazał się zbyt szczegółowy, warto w tym miejscu jedynie nakreślić główne tezy ich poglądów. Pytanie badawcze, na które starali się oni odpowiedzieć, brzmi bowiem, czy zanim na Śląsku zaczęło rozprzestrzeniać się wyznanie katolickie o obrządku łacińskim, nie istniało przypadkiem wyznanie o obrządku słowiańskim, gdzie zamiast łaciny używano języka staro-cerkiewno-słowiańskiego , który był znany naszym przodkom i dla nich zrozumiały. Wpływy z terenów Czech i Moraw w okresie misji św. Cyryla i św. Metodego miały być tak silne, iż mieszkańcy Śląska z chęcią nawrócili się na chrześcijaństwo, zanim Mieszko I przyjął chrzest w obrządku łacińskim (966 r.), i zanim zdołał zdobyć Śląsk (990 r.).

Obrazek

Ślęża miała stanowić centrum tegoż kultu cyrylo-metodejskiego, a tutejsze pogańskie praktyki wygasły, gdyż ludność Śląska dobrowolnie przyjęła chrześcijaństwo obrządku słowiańskiego. Poglądy takie zmieniają diametralnie nasz stosunek do historii. W takim bowiem kontekście można uznać, iż misja chrześcijaństwa zachodniego, czyli łacińskiego, nie byłaby aż tak spektakularna, jak zwykle ocenia się to w podręcznikach historii. „Łacinnicy” zajęliby bowiem jedynie miejsce dawno już schrystianizowane. Sytuacja przypomina, wypisz wymaluj, podobny proces, który zachodził na Litwie, dawno już schrystianizowanej, na którą najeżdżali krzyżacy, właśnie pod hasłami „potrzeby chrystianizowania tego pogańskiego kraju”. Czy rzeczywiście tak było i jakie dowody podobnego procesu posiadamy w stosunku do Ślęży i całego Śląska? W pierwszej kolejności oczywiście źródła pisane, a w zasadzie jedno źródło, gdyż są one dla tamtych czasów więcej niż skromne. Chodzi w tym wypadku o Żywot św. Metodego, w którym wyraźnie stwierdza się, iż władca wielkomorawski o imieniu Świętopełk zajął w 885 r. Dolny Śląsk w celu krzewieniu tu chrześcijaństwa o obrządku słowiańskim. Dowodem wpływu tego ostatniego są również znaleziska archeologiczne, w tym odnalezienie tzw. krzyżyków morawskich – jeden z nich odkryto nawet na Ostrowiu Tumskim we Wrocławiu.

Kolejnym faktem są informacje podawane w Kronice książąt polskich Piotra z Byczyny i w Kronice polskiej Długosza, iż na terenie Śląska, na długo przed powstaniem biskupstwa wrocławskiego istnieć miały dwie siedziby biskupie w Ryczynie i w Smogorzowie. Czy zatem rok 1000 był rzeczywiście przełomem historycznym dla Śląska? W odniesieniu do Ślęży posiadamy inne źródła, aczkolwiek równie lakoniczne. Pierwszym są dowody archeologiczne. W I poł. XIX wieku Gazeta Śląska informowała o sensacyjnym odkryciu grobu duchownego na Ślęży, który odziany był w szaty przypominające stroje noszone w kościele prawosławnym. Na podobieństwo to wskazywały również atrybuty, które znaleziono przy szkielecie – krzyż o charakterystycznej wschodniej formie i resztki ikony. Cóż mógł robić „prawosławny” duchowny na Ślęży i to na dodatek w okresie, w którym kontakty z terenami ruskimi jeszcze nie istniały.

Obrazek

Przypadek ten szczegółowo przeanalizował w swej książce Piotr Kmietowicz uznając, iż duchowny nie był członkiem kościoła bizantyjskiego, ani prawosławnego, lecz właśnie kościoła obrządku słowiańskiego. Kramarkowie za najważniejszy dowód przemawiający za pobytem misji cyrylo-metodejskiej na Ślęży podawali fakt, będący w zasadzie jedynie interpretacją znanego już materiału archeologicznego w postaci figur pogańskich. To, iż zostały one przewalone i oznaczone na tylnej części znakiem „X” – symbolizującym tu znak chrześcijaństwa słowiańskiego, odnoszącego się do postaci św. Andrzeja – świadczy, iż ludność Śląska zdołała się nawrócić, obalając dotychczasowych bogów i odbierając im symbolicznie ich moc. Być może też cytowana przez nas notatka z Kroniki Thietmara z Merseburga wcale nie odnosi się do pogaństwa, tylko do obrządku słowiańskiego, którym on sam jako biskup się brzydził i którego jako Niemiec zrozumieć nie potrafił, uznając je za przejaw pogaństwa? I w tym wypadku Ślęża broni zawzięcie swych tajemnic.

Na tropach Piotra Własta zwanego Duninem

Obrazek

Przy opisywaniu dziejów tej niezwykłej góry, jaką jest Ślęża, nie sposób pominąć milczeniem postaci Piotra Własta, zwanego Duninem. To przecież jemu przypadła rola sprowadzenia w te rejony augustianów regularnych, a tym samym wzmocnienie chrześcijaństwa obrządku łacińskiego na tych terenach, gdzie co jakiś czas odzywały się głosy o powrót do dawnych wierzeń, czy to pogańskich, czy też do chrześcijaństwa obrządku słowiańskiego.
Samo pochodzenie i wielka kariera polityczna tej osoby do dziś wywołuje wiele kontrowersji i do dziś jest równie mało wyjaśnione, jak większość faktów z życia tego możnowładcy. Historycy okresu nowożytnego, a za nimi większość historyków niemieckich, widziała w nim Duńczyka (za dowód służył tu w pierwszym rzędzie jego przydomek Dunin), który podczas zamieszania z następstwem tronu po śmierci duńskiego króla Eryka wyrabować miał cały skarb królewski i uciec miał do Polski, gdzie zyskał poparcie Bolesława Krzywoustego i gdzie nabył olbrzymie posiadłości ziemskie.
Według legendy rodowej Duninów Piotr Włast spotkał się jednak z potępieniem ze strony Kościoła i musiał odpokutować za swe czyny, budując liczne kościoły i fundując klasztory, w tym siedzibę augustianów na Ślęży. Historycy polscy, reprezentowani głównie przez badaczy wrocławskich, uważają jednak Piotra Własta za rodzimego możnowładcę, którego ród od najdawniejszych czasów zamieszkiwał tereny Polski. Żaden jednak nie udowodnił, skąd wzięły się bogactwa i prestiż tej osoby. Źródła, jakkolwiek nadzwyczaj skąpe dla owej epoki, milczą, gdy chodzi o jego wielkich przodków. Czy zatem legenda o duńskim pochodzeniu nie zawiera ziarna prawdy? A może rację mają ci spośród badaczy, którzy twierdzą, że pochodził on z Flandrii, skąd sprowadził augustianów w nasze rejony? W okresie 1121-1138 Piotr Włast ufundował bowiem na Śląsku dwa klasztory – benedyktynów na Ołbinie we Wrocławiu i właśnie augustianów na Ślęży. Zasadnicze pytanie, które musi postawić sobie w tym miejscu każdy historyk brzmi: Skąd Piotr Włast, będąc polskim zasiedziałym możnowładcą, miał mieć w ogóle jakiekolwiek pojęcie o istnieniu bądź nieistnieniu klasztoru augustianów w Arrovaise, odległym od Śląska od setki kilometrów? I skąd akurat przyszło mu na myśl, aby właśnie stamtąd sprowadzać zakonników, jakby po drodze i bliżej, nie było innych klasztorów, skąd z pewnością łatwiej byłoby ściągnąć mnichów. A co ważniejsze, jakich argumentów musiał użyć wobec samych zakonników, aby sprowadzić ich w odległe i „dzikie” w rozumieniu ludzi Zachodu okolice, jakimi były w owym czasie tereny Śląska? Czy same nadania ziemskie, jakie wchodziły w grę, były tu wystarczającym argumentem dla klasztoru, który cieszył się wielką sławą i z pewnością niejeden możnowładca na zachodzie Europy udzieliłby im lepszych możliwości?

Może zatem zachodnie pochodzenie Piotra Własta, zwanego Duninem, Dunem albo Duńczykiem, nie jest jednak tylko kwestią legendy? Faktem jest jednak, iż zakonnicy z Arrovaise przybyli w nasze okolice i przejęli kilkanaście wiosek leżących u podnóża Ślęży. Czy jednak rzeczywiście ich siedziba znajdowała się na szczycie dawnej świętej góry Celtów, Germanów i Słowian? I z tym pytaniem historycy nie do końca potrafią sobie poradzić. Najstarszą wzmiankę o usytuowaniu klasztoru, a raczej kościoła na Ślęży zawiera dokument papieża Eugeniusza III z 1148 r., gdzie czytamy ecclesie sancte Marie de monte Silencii (kościół Najświętszej Marii Panny z góry Ślęży). Inne dokumenty wspominają ecclesia montana (kościół górski) lub in monte Silencii (na obszarze góry Ślęży). Lecz dokument z 1193 r. wymienia go jako ad montem (przy górze, czy też u podnóża góry). Czy zatem klasztor augustianów istniał na samym szczycie góry, gdzie warunki mieszkalne i aprowizacyjne wydają się szczególnie ciężkie, czy też u jej podnóża, w Sobótce Górce, która przecież przez całe wieki należała do augustianów i gdzie posiadali oni aż do 1810 r. swą prepozyturę? Kronika opatów klasztoru Najświętszej Marii Panny na Piasku wspomina, iż zakonnicy ze względu na złe warunki, jakie panowały na Ślęży wynieśli się z czasem do Wrocławia. Tylko czy wzmianka ta odnosi się do ich siedziby na szczycie góry, czy u jej podnóża? Któż może to dziś jeszcze rozstrzygnąć? Sprawę gmatwa jeszcze bardziej okoliczność, iż łacińskie słowo mons (góra) równie dobrze może się odnosić do góry, jak i do nazwy miejscowości Górka. Zatem kwestia ta nadal pozostać musi otwarta.
Sobiesław Nowotny

http://historia-swidnica.pl/tajemnice-g ... XNiE2C7Z5M
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 09 kwie 2021, 23:12

Piotrówek Petersdorf i Jańska Góra Johnsberg
25 mar 2017

https://www.youtube.com/watch?v=aICrHqUno2A

genitazy
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » wtorek 13 kwie 2021, 12:35

Obrazek

Lwy znad Czarnej Wody - Autor: Andrzej Mierzwiński
Wydawca: Instytut Archeologii i Etnologii PAN
Miejsce: Wrocław Rok wydania: 2015


Przez tysiąclecia stanowiła Ślęża istotny punkt odniesienia dla społeczności zamieszkujących ziemie w zasięgu historycznej krainy zwanej Śląskiem. Ślady sakralizacji góry sięgają w głąb II tysiąclecia p.n.e. Z okresem pradziejowym część badaczy wiąże powstanie rzeźb rozmieszczonych na stokach i na północnym przedpolu Ślęży, znanych jako niedźwiedź, dzika Świnia, panna z rybą, mnich, grzyb. Noszą one znak X, wykorzystywany do sygnowania granic.

Tak wytyczona granica istniała na Ślęży w latach 1209-1494. Rozdzielała dobra książęce oraz zakonu kanoników regularnych NMP z klasztoru na wrocławskiej wyspie Piasek. Przyjmuje się, że przed 1209 r. oraz po 1494 r. cała lub niemal cała góra była własnością zakonu, którego śląskie początki mogą sięgać 30. lat XII w. Aż do kasacji klasztoru w 1810 r. jego losy były nierozerwalnie związane ze Ślężą. Przez niemal siedem stuleci pradawne sacrum Ślęży pozostawało zatem w gestii kanoników regularnych. Poprzez chrześcijańską symbolikę postrzegali jego krajobrazową strukturę. Doniosłą rolę odgrywała w tym waloryzacja stosunków hydrologicznych. Od zachodu i północy otacza górski masyw Czarna Woda, której źródła wiążą się z Radunią. Od wschodu zamyka ten obszar Sulistrowicki Potok. Dorzecza obydwóch rzek łączą się w pobliżu Starego Zamku, gdzie wzniesiono w XIII w. kościół wyposażony w okazały portal. Jego znamiennymi elementami są 4 figury lwów romańskich. W tym rejonie znajdują się 4 dalsze takie figury. Poza tym, że występują one na ograniczonym terenie, że tworzą jednolitą stylistycznie i chronologicznie grupę, odmienną od pozostałych rzeźb, odróżnia je jeszcze jeden wspólny element. Żadna z nich nie nosi znaku X. Wyjaśnieniu kulturowej specyfiki tych rzeźb poświęcona jest prezentowana książka. Stały się one pretekstem i kluczem do odczytania struktury ślężańskiego krajobrazu oraz jego sakralnej waloryzacji.

Wprowadzenie
Charakterystyka podejścia do problemu
Ślęża - zakonna góra początków
Przestrzenne relacje przedstawień lwów
Chronologia lwich figur
Zagadnienie lokalizacji lwich figur w Górce
Biblijne nawiązania symboliki leżącego lwa w krajobrazie ślężańskim
Polityczne uwarunkowania relacji lwów i znaków X.
Fundator i lwy.
Wschodnie elementy w biografii Piotra Włosta a symbolika lwa.
Akwatyczny kontekst sacrum Ślęży.
Kanonicy regułami jako strażnicy chtonicznych wód.
Relacje Raduni z akwatycznym infernum.
Słup graniczny a ślężańskie infernum.
Lew z Garncarska jako wilk. Przełom dziejowy w kontekście rytualnym.
Spór o diaboliczny charakter Ślęży.
Ślężański mit kosmologiczny.
Czotena - nowe imię góry.
Dziejowy bilans zawiadywania symboliczną strukturą ślężańskiego krajobrazu.
Podsumowanie.
Post scriptum. Współczesne zagubienie wobec sacrum krajobrazu.
Bibliografia.
Skróty
Literatura.
Lówen am Schwarzwasser. Eine Geschichte uber das Sacrum der Zobtenberger
Landschaft im 12.-19. Jahrhundert. Zusammenfassung
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 19 kwie 2021, 16:40

Szlakiem źródeł ślężańskich - Źródło Życia Ślęża Sobótka
9 mar 2021

https://www.youtube.com/watch?v=9aZWOozp1Os

Foto Video Sobótka

Źródło to samoczynny naturalny wypływ wody podziemnej. W Masywie Ślęzy występują źródła szczelinowe grawitacyjne, w których woda spływa pod działaniem siły ciężkości od obszaru zasilania w dół poprzez środowisko wodonośne do miejsca wypływu. Źródła są zagospodarowywane w Masywie Ślęży od końca XIX wieku przez pruskie Towarzystwo Ślężańskie na potrzeby rozwijającej się turystyki. Do najbardziej znanych należą: Święte Źródełko pod szczytem Ślęży, Źródło Jakuba przy szlaku z Sobótki na Ślężę, Źródło Joanny przy czarnym szlaku nad Strzegomianami, Źródło Anny przy ścieżce dydaktycznej Nadleśnictwa Miękinia, Źródło Ślężan przy zielonym szlaku poniżej Skalnej i Źródło Życia w Sulistrowiczkach. W latach 90. XX wieku większość ujęć została odnowiona przez działaczy polskiego Towarzystwa Ślężańskiego z Sobótki.

Ujęcie wody do Browaru Sobótka Średniowieczny kamieniołom granitu
24 mar 2021

https://www.youtube.com/watch?v=rsSvbK5YssE

Foto Video Sobótka
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 25 kwie 2021, 19:49

Obrazek

Dwór w Tąpadłach to rzadkość, bo ma średniowieczny rodowód, renesansową bryłę, barokowy kostium zewnętrzny i jakby tego było mało w wyniku kolejnej modernizacji – już w XX w. – otrzymał modernistyczne aplikacje świadczące o zainteresowaniach jego ówczesnego właściciela, Ericha Bohna. Z dworu uczynił on swą wizytówką przynależności do loży masońskiej. Do dziś w kluczach okiennych można oglądać godło różokrzyżowców i umowne znaki astronomiczne, a w elewacji zachodniej: tondo z inskrypcją: „ERICH BOHN 1919 + 1925 RENOV” i emblemat masoński. Obie daty odnoszą się do przeprowadzonej renowacji zleconej przez Bohna. P

Obrazek

Obrazek

Dwór w Tąpadłach wzmiankowano po raz pierwszy w 1348 r. Zbudowany został prawdopodobnie przez sołtysów Tąpadeł, rodzinę Gans. W 1719 r. sołectwo kupił Jan Jerzy Hein i dwór rozbudował. Wieś należała do opactwa kanoników regularnych (błędnie określanych mianem augustianów) na wrocławskim Piasku. W 1810 r. to władztwo ustało – władze pruskie skasowały na Śląsku wszystkie klasztory kontemplacyjne. Dobra klasztorne, w tym Tąpadła, starą sołecką wieś, przejęło na własność państwo. W 1919 r. majątek w Tąpadłach kupił wspomniany wyżej Erich Bohn z Wrocławia. Przeprowadził stopniowo remont i przebudowę dworu oraz zabudowań dworskich.

Obrazek

Obrazek
Znaki astronomiczne

Na wschodnim narożniku budynku ustawiono barokową figurę księcia elektora saskiego sprowadzoną specjalnie z Drezna. Nad drzwiami umieszczono rzeźbę " Dzikiego Człowieka". W obrębie zespołu znajduje się studnia w kształcie drewnianej altanki z kopułą, drewniane i murowane budynki gospodarcze oraz niewielki park. Całość otacza kamienny mur.

Obrazek
Studnia tajemnic

Obrazek
Spichlerz

Obrazek
Książe elektor saski

Ślęża stała się też tematem chętnie przedstawianym na pocztówkach. Jednym z najbardziej zapalonych portrecistów góry był mieszkający w Sobótce Albert Beyer. Na fali nacjonalizmu germańskiego Gerhard Beuthner malował kompozycje przedstawiające obrzędy odprawiane przez Wandalów na szczycie. Jak więc wynika z tego krótkiego przeglądu, obfitość dzieł nie zupełnie szła w parze z ich artystyczną doniosłością.
Z takiego stanu rzeczy zdawał sobie sprawę Erich Bohn, który podjął się inicjatywy stworzenia teki grafik. Nim jednak omówimy jego dzieło, przyjrzyjmy się osobie autora. Był on bez wątpienia postacią nietuzinkową. Syn Emila Bohna, profesora Uniwersytetu Wrocławskiego i doktora honoris causa tej uczelni, znanego miłośnika i badacza muzyki dawnej, i Selmy Weigelt urodził się 11 lutego 1874 roku we Wrocławiu. Po uzyskaniu doktoratu z prawa pracował jako adwokat i notariusz we Wrocławiu, a następnie jako sekretarz intendentury w tym mieście i nadintendentury w Berlinie. W 24. roku życia ożenił się z Margaretą Zehge, a po jej śmierci z młodszą od siebie Elfriedą Herwarth von Bittenfeld. Wyjątkowo szerokie i barwne były duchowe zainteresowania Bohna. Traktując pracę prawnika jako raczej niewdzięczną i nie znajdując w niej wystarczającej przyjemności z lubością oddawał się badaniom metafizycznym, historii swego rodu i okolic, w których mieszkał, badaniom archeologicznym, projektowaniem wznoszonych przez siebie budowli. Należał również do Towarzystwa Ślężańskiego. Był typem dyletanta w XVIII-wiecznym, pozytywnym rozumieniu tego słowa, amatora, mającego szerokie horyzonty i zainteresowania, imającego się różnych dziedzin działalności artystycznej i naukowej, we wszystkich z nich będąc samoukiem, nie zawsze posiadającym odpowiednie przygotowanie, a wiedzę często przypadkową i chaotyczną. Według Bohna malarstwo krajobrazowe początku XX wieku zaczęło upadać, do czego walnie przyczynić się miała popularność kart pocztowych.

Obrazek
Niedokończony obraz

Obrazek
Piękno gospodarstwa w Tąpadłach

Zainteresowania i umysłowość Bohna wyraźnie widoczne są w stworzonych przez niego założeniach architektonicznych. W początku XX wieku zakupił wieś Sulistrowiczki, w której założył sanatorium. Miało być ono miejscem wytchnienia dla ludzi zmęczonych wielkomiejskim życiem. Położone w malowniczej i spokojnej okolicy, otoczone zostało obszernym parkiem zaprojektowanym przez samego właściciela. Do realizacji budowli zatrudnił on architekta Friebego, jak podkreślano - ucznia "genialnego" Hansa Poelziga. Ambicją Bohna było stworzenie nowoczesnego, modernistycznego parku, zgodnego ze współczesnymi tendencjami w sztuce. Przy tym położył on nacisk na naturalność, przekształcanie natury tak, aby jej nie niszczyć i wkomponować park jak najlepiej w krajobraz. Sposób urzeczywistnienia tych idei budzić może jednak pewne zdziwienie. Do budowy użyto naturalnych miejscowych surowców - gabra i granitu, wydobywanych w Masywie Ślęży oraz drewna. Park podzielono na trzy części: wodną z dwoma stawami i dużą polaną, pagórek z altaną i ogród warzywno-kwiatowy. Stawy zamknięto monumentalnymi, kubicznymi w formach, kamiennymi tamami z wysokimi pylonami i kaskadami, po których spływała woda. Równie masywnie wzniesiono inne urządzenia wodne, a także mostki, ławeczki, małe tarasy nad wodą i ogrodzenie całego parku. Surowość brył łagodziły ustawione na nich donice z egzotycznymi kwiatami. W wysokim płocie wydzielającym całe założenie znalazły się dwie bramy, nawiązujące do sztuki Dalekiego Wschodu, z wmurowanymi jako spolia fragmentami renesansowego nagrobka z pobliskiej miejscowości. Całości parku dopełniały wodotrysk, altana i dzwonnica. Ta ostatnia (por. poz. kat. 11), budząca znów skojarzenia ze sztuką Azji, posiadała dwa, określone jako "stare", dzwony. W efekcie powstało założenie oryginalne, choć zaskakujące i eklektyczne w formach, na którym skomplikowana osobowość jej autora odcisnęła swe decydujące piętno. Po zakończeniu urządzania parku sanatoryjnego Bohn zakupił w pobliskich Tąpadłach pochodzący z XVII wieku, podupadający dwór sołtysi, w którym po gruntownym remoncie zamieszkał. Odbudowywany przez siedem lat pod kierunkiem architekta Wolffa posiadał - podobnie jak sulistrowickie sanatorium - wiele cech, które nadał mu nasz uczony amator. Do budowy użyto - czym szczycił się właściciel - różnokolorowego kamienia z najbliższych okolic: zielone gabro, czerwone głazy narzutowe, żółty piaskowiec. Na narożu budynku umieszczono niemal naturalnej wielkości piaskowcową figurę księcia elektora, zakupioną przez Bohna w Dreźnie. Ponad drzwiami umieszczono figurę dzikiego męża sprowadzoną z Legnicy, kominek pozyskano z pałacyku w parku Szczytnickim we Wrocławiu. Piece - do których właściciel przywiązywał szczególną wagę - projektowali znani artyści wrocławscy, z Hansem Poelzigem na czele. W kluczach okien umieszczono symbole różokrzyżowców. Swoje przedsięwzięcia i pomysły konsultował z zaprzyjaźnionym Hansem Leistikovem. Gruntownie przekształcił też zabudowania gospodarcze. Po zakończeniu remontu domu wydał Bohn pracę dotyczącą historii wsi Tąpadła, w której skrupulatnie zebrał również wszystkie informacje na temat sołectwa i jego właścicieli począwszy od połowy XIV wieku.
Kolejną jego pasją było publikowanie. Oprócz doprowadzenia do wydania teki, będącej głównym tematem tego szkicu, w 1920 roku wydał wraz z Maxem Odoy'em kolejną, zatytułowaną "Zobtenfahrt", zawierającą 10 rycin. Swą działalność ślężoznawczą udokumentował wydanym w 1918 roku artykułem na temat znaków krzyża ukośnego. Temat ten musiał go rzeczywiście interesować, skoro w o siedem lat późniejszej publikacji zwrócił się z apelem do robotników leśnych pracujących na Ślęży, aby informowali go o zauważonych przez nich nieznanych znakach. Również w 1918 roku wydał pracę o metafizyce. Prócz wspomnianej historii Tąpadeł, w 1926 roku opublikował artykuł o ikonografii ślężańskiej. Największą pasją naukową jego życia była jednak historia własnego rodu. Badań prowadzonych przez wiele lat i zakrojonych na bardzo szeroką skalę nie udało mu się jednak zakończyć przed II wojną światową. Z zaplanowanych trzech, ukazały się w 1935 i 1940 roku jedynie dwa tomy pracy.
Erich Bohn - jak wspomniano - nie był zadowolony z poziomu artystycznego współczesnych mu przedstawień Ślęży. Jako człowiek posiadający pewne możliwości finansowe oraz kontakty ze środowiskiem artystycznym znakomicie nadawał się na organizatora wydania teki grafik. Kluczowa była tu zapewne znajomość z Hansem Leistikovem, bardzo młodym - w 1913 roku miał 21 lat - ale dobrze zapowiadającym się artystą. Bohnowi udało się pozyskać dla swej idei piętnastu twórców, głównie malarzy i grafików zajmujących się pejzażem. Większość z nich było artystami wrocławskimi, absolwentami lub studentami tutejszych uczelni. Znaleźli się wśród nich pejzażyści o niemałym już dorobku - Alfons Niemann, Hugo Ulbrich, Paul Aust, a także twórcy swoistej koloni artystycznej w Karkonoszach i licznych pejzaży gór - Otto Fischer, Alfred Nickisch czy Heinrich Tüpke. Z młodszego pokolenia wymienić można, obok używającego pseudonimu Hal - Leistikova, Hugo Bantaua. W grupie tej znaleźli się jednak również artyści mniej, czy nawet zgoła całkiem nieznani, a nawet amatorzy jak Albert Beyer, którego obecność w tym gronie usprawiedliwiają jedynie jego zainteresowania twórcze regionem. Na potrzeby teki poszczególni autorzy wykonali najczęściej po jednej lub dwie prace. Wyjątkiem był Tüpke, który stworzył aż cztery ryciny. Leistikov zaś, prócz dwóch rycin, z których jedna umieszczana była alternatywnie, zaprojektował karty: tytułową i zawierającą spis treści. W technice przeważała akwaforta, niekiedy uzupełniana suchą igłą, tylko Niemann posłużył się drzeworytem, Leistikov drzeworytem barwnym, a Wolff litografią. Teka ukazała się w 100 egzemplarzach w trzech wersjach. Najobszerniejsza zawierała 25 rycin, kolejne odpowiednio 16 i 7 grafik. Wersja pełna kosztowała 200, a pozostałe 120 i 50 marek. Rzeczywista cena wydania całego przedsięwzięcia była według Bohna znacznie wyższa

https://ossolineum.pl/old/wystawy/dobrz ... u9nRocsNZ8
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 03 maja 2021, 16:39

Kamieniołomy, Kantyna, Stary Łom, Czysty, Głęboki, SKSM Sobótka
17 mar 2021

https://www.youtube.com/watch?v=_RCsnymwfpI

Foto Video Sobótka
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 07 maja 2021, 22:51

Obrazek

Obrazek
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 14 cze 2021, 23:46

Ślęża - Ścieżka pod skałami Maj 2021 - Dziennik z czasów epidemii rok pierwszy
22 maj 2021

https://www.youtube.com/watch?v=zEAj-KCvU20

Jarek Z
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 19 cze 2021, 23:59

PRZEŁĘCZ TĄPADŁA
19 cze 2021

https://www.youtube.com/watch?v=vzRNSkvHk8k

Radio Wrocław

Gorąca sobota pod Ślężą. Upał przegonił turystów z Przełęczy Tąpadła.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17993
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 939
Podziękował: 32607 razy
Otrzymał podziękowanie: 26044 razy

Re: Tajemnice Śląskiego Olimpu.

Nieprzeczytany post autor: janusz » czwartek 01 lip 2021, 19:26

Sobótka 2021 Targi Sobótkowe
27 cze 2021

https://www.youtube.com/watch?v=A0-iT6kDAjM

Foto Video Sobótka
0 x



ODPOWIEDZ