Drodzy forumowicze i goście!

Przeżyliśmy przestój związany z migracją z serwera na serwer i zmianą istotnych danych adresowych dla hostingu. Teraz forum powinno działać szybko, bez długiego oczekiwania na odpowiedź serwera. Zależy to też od szybkości waszych łącz, ale do któregoś września serwer był trudny do zaakceptowania.
Niestety technicznie wielkość naszego forum się mocno powiększyła i musimy zwracać większą uwagę na wykorzystanie przestrzeni dyskowej, nie duplikować postów (dawać linki) itp., bo nie utrzymamy baz danych w limitach dostawcy hostingu, a upgrade jest finansowo nieopłacalny.

W związku z "wysypem" reklamodawców informujemy, że konta wszystkich nowych użytkowników, którzy popełnią jakąkolwiek formę reklamy w pierwszych 3-ch postach, poza przeznaczonym na informacje reklamowe tematem "... kryptoreklama" będą usuwane bez jakichkolwiek ostrzeżeń. Dotyczy to także użytkowników, którzy zarejestrowali się wcześniej, ale nic poza reklamami nie napisali. Posty takich użytkowników również będą usuwane, a nie przenoszone, jak do tej pory.
To forum zdecydowanie nie jest i nie będzie tablicą ogłoszeń i reklam!
Administracja Forum

To ogłoszenie można u siebie skasować po przeczytaniu, najeżdżając na tekst i klikając krzyżyk w prawym, górnym rogu pola ogłoszeń.

Uwaga! Proszę nie używać starych linków z pełnym adresem postów, bo stary folder jest nieaktualny - teraz wystarczy http://www.cheops4.org.pl/ bo jest przekierowanie.


/blueray21

Wiersze zapamietane...

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17651
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 932
Podziękował: 32157 razy
Otrzymał podziękowanie: 25774 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 28 gru 2019, 23:06

DOM STARCÓW

Obrazek

Przy małym oknie,siedzi staruszka,
Od lat przykuta do swego łóżka.
Patrząc się w okno,łzy Jej spływają,
Czemu Jej dzieci nie odwiedzają.
Mąż Ją zostawił,miała pięcioro,
Jedno umarło,zostało czworo.
Choć miała ciężko,radę dawała,
Tak z wielkim trudem Ich wychowała.
Dzieci dorosły,świata poznały,
Zawsze na święta Ją odwiedzały.
Wnuki do babci chętnie jeździły,
Babcię kochały z Nią się bawiły.
Ale po latach przyszła choroba,
Babcia nie stanie na swoich nogach.
Choć dom ma duży lecz jest w potrzebie,
Któryś z mych dzieci,weźmie do siebie.
Pierwsze najstarsze mówi:Nie mogę,
Wiesz robię sławę mam inną drogę.
Czas nie pozwoli byś ze mną była,
Biedna staruszka się zasmuciła.
Mówi Jej drugie:Mamo kochana,
Dla mnie to w życiu byłaby zmiana.
Porzucić pracę,własną karierę,
Bo nie Chcę w świecie być tylko zerem.
Ja bym Cię wzięła lecz dom mam mały,
Dzieci by zawsze się dokuczały.
Różne wyjazdy,wycieczki w lecie,
Tak powiedziało Jej dziecko trzecie.
Biedna staruszka patrzy na czwarte,
Może ma dla niej serce otwarte.
Być może w Nim jest godność człowieka,
Gdzie na spokojnie śmierci doczeka.
Mam rozwiązanie dla Ciebie Mamo,
Żebyś na starość nie była samą.
Jest Dom Opieki a w nim lekarze,
Może i w nogach przywrócą władze.
Twój dom się sprzeda,grosz podzielimy,
Na pewno zawsze Cię odwiedzimy.
Na każde święta Cię zabierzemy,
Jak źle Ci będzie to Cię weźmiemy.
Biedna staruszka za wychowanie,
Teraz ma piękne podziękowanie.
By Ich nie zranić Tak przytakuje,
Z wszystkim się zgadza co los szykuje.
Przy małym oknie,siedzi staruszka,
Od lat przykuta do swego łóżka.
Ciągle wspomina choć jest dziś samą,
Że zawsze była wspaniałą Mamą....😪
0 x



Awatar użytkownika
BABA
Posty: 1353
Rejestracja: niedziela 09 wrz 2018, 11:31
x 237
x 135
Podziękował: 4342 razy
Otrzymał podziękowanie: 2627 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: BABA » czwartek 02 sty 2020, 09:36

Kto mówi: piękne, tworzy jednocześnie: niepiękne,
kto mówi: dobre, tworzy jednocześnie: niedobre.
Istnienie warunkowe: nieistnienie,
zagmatwane warunkowo: proste,
wielce warunkowe: małe,
głośno warunkowe: ciche,
warunkowo warunkowe: bezwarunkowe,
teraz warunkowe: niegdyś.
Zatem przebudzony:
działa, bez pracowania,
mówi, bez gadania,
nosi w sobie wszystkie rzeczy, zamknięte w jedności.
Tworzy, przecież nie posiada,
doskonali życie, nie zgłaszając pretensji do sukcesu.
Ponieważ ich nie zgłasza, nigdy nie doznaje strat.
Lao-Tsy
0 x


Niepowodzenie może złamać tylko tego, kto dał się zwieść powodzeniu - Seneka

Awatar użytkownika
belfanior
Posty: 391
Rejestracja: niedziela 28 wrz 2014, 19:58
x 9
x 22
Podziękował: 1322 razy
Otrzymał podziękowanie: 893 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: belfanior » poniedziałek 27 sty 2020, 11:04

Moja dusza się śpieszy.

Policzyłem lata i odkryłem, że mam mniej czasu do życia, niż do tej pory.
Czuję się jak to dziecko, które wygrało pudełko cukierków: pierwsze je z przyjemnością, ale kiedy zdaje sobie sprawę, że zostało ich tylko kilka, naprawdę zaczęło się nimi cieszyć.
Nie mam czasu na niekończące się konferencje na temat statutów, zasad, procedur i wewnętrznych zasad, wiedząc, że nic nie zostanie osiągnięte.
Nie mam czasu, aby znosić absurdalnych ludzi, którzy nie pasują do swojego wieku. Nie mam czasu, aby zmagać się z miernotami. Nie chcę być na zebraniach, gdzie masz napompowane ego. Nie mogę tolerować manipulatorów i oportunistów. Niepokoją mnie zazdrosni ludzie, którzy starają się zdyskredytować tych, którzy są bardziej zdolni do zajęcia swoich pozycji, talentów i osiągnięć.
Mój czas jest zbyt krótki, aby omówić nagłówki. Chcę tego niezbędnego, ponieważ moja dusza się spieszy. Bez wielu słodyczy w paczce.

Chcę żyć z ludźmi, którzy są bardzo ludzcy. Ludzie, którzy potrafią śmiać się z popełnionych błędów, którzy nie lubią swoich sukcesów. Nie czuje się przedwcześnie nazywane i nie ucieka od swoich obowiązków. Ci, którzy bronią ludzkiej godności i którzy chcą tylko być po stronie prawdy i prawości. To sprawia, że ​​życie warto żyć.
Chcę otaczać się ludźmi, którzy wiedzą, jak dotykać serca innych. Ludzie, którzy przez ciężkie ciosy nauczyli się wzrastać poprzez delikatne dotknięcia duszy.

Tak, spieszę się, spieszę się do życia z intensywnością, którą może dać tylko dojrzałość.
Staram się nie marnować żadnych słodyczy, które mi pozostały. Jestem pewien, że będą bardziej pyszne niż te, które już jadłem.
Moim celem jest dojść do końca, w pokoju ze mną, z moimi bliskimi i sumieniem.
Mamy dwa życia, a drugie zaczyna się, gdy zdajesz sobie sprawę, że masz tylko jedno.
__________________________

Wiersz Mario de Andrade (San Paolo 1893-1945) Poeta, pisarz, eseista i muzykolog.
Jeden z założycieli brazylijskiego modernizmu.
0 x



Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14336
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 992
x 403
Podziękował: 15172 razy
Otrzymał podziękowanie: 22115 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: songo70 » środa 11 mar 2020, 20:07

Piosenka o końcu świata
W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

autor: Czesław Miłosz

0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17651
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 932
Podziękował: 32157 razy
Otrzymał podziękowanie: 25774 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 21 mar 2020, 22:56

Dziś ŚWIATOWY DZIEŃ POEZJI

Obrazek
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 17651
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 29
x 932
Podziękował: 32157 razy
Otrzymał podziękowanie: 25774 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: janusz » środa 25 mar 2020, 23:50

Obrazek
2 x



Sławne Czasy
Posty: 8
Rejestracja: środa 08 kwie 2020, 08:21
x 1
x 5
Podziękował: 4 razy
Otrzymał podziękowanie: 21 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: Sławne Czasy » poniedziałek 13 kwie 2020, 09:39

Wyścig szczurów, za pieniądzem gonitwa,
Naszej postępowej cywilizacji modlitwa,
To syzyfowa praca, a wysiłek szczery,
Zapędził do grobu pokolenia cztery!

Monarchia światowa to nie surrealizm,
Globalnie rządzi Król kapitalizm,
A obok niego zjawiskowa piękność,
Władczyni emocji królowa namiętność!

Z ich związku rodzą się liczne pokolenia,
Spływają na ludzi pod postacią pragnienia,
A nam poddanym pozostaje wyczekiwanie,
Elity finansjery decydują co się stanie!

Do długu zachęcą,
Pożyczki proponują,
Bo z każdej kwoty,
Odsetki kasują.

Powiększanie długu,
kosztuje obywateli,
Inflacja ich kapitał,
Na drobne mieli,

Płacimy w podatku,
Bankierom myto,
Oni karmią rząd,
Fundują koryto,

Rządowy dług państwo co roku mnoży,
By go spłacić sejm podatki nałoży,
To nasza praca tą gonitwę sponsoruje,
Tryb kija I marchewki ład pielęgnuje!

Dodruk pieniędzy rządowi pasuje,
Bo on dla siebie kapitał potrzebuje,
Banki zgarniają z odsetek swoje,
Poprzez inflacje sprawują kontrole!

Do długu zachęcą,
Pożyczki proponują,
Bo z każdej kwoty,
Odsetki kasują.

Powiększanie długu,
kosztuje obywateli,
Inflacja ich kapitał,
Na drobne mieli,

Płacimy w podatku,
Bankierom myto,
Oni karmią rząd,
Fundują koryto,

Praktyki bankowe społeczeństwo akceptuje,
Bo w naszych czasach kapitalizm króluje,
A naród przyzwala, na grabież się godzi,
Głowa boli od myślenia, o co w tym chodzi?

Szkoły o tym nauczyć zapomniały,
Popularne media celowo przemilczały,
Konsumpcja od lat ludzi absorbuje,
Tak wiele pragnień wszystkim oferuje!

Do długu zachęcą,
Pożyczki proponują,
Bo z każdej kwoty,
Odsetki kasują.

Powiększanie długu,
kosztuje obywateli,
Inflacja ich kapitał,
Na drobne mieli,

Płacimy w podatku,
Bankierom myto,
Oni karmią rząd,
Fundują koryto,

Ekonomia to jest gra sumy zerowej,
Każdy zysk wymaga straty nowej,
To obywatele tracą na tym biznesie,
Płacąc podatki w elit interesie!

Jednak doją oni społeczeństwo powoli,
By nacieszyć się swą władzą do woli,
Drukowane pieniądze na rynek trafiają,
Majątek Polaków co roku zmniejszają.

Może by warto odciąć bankierów dole,
I nad pieniądzem odzyskać kontrole?
1 x



Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14336
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 992
x 403
Podziękował: 15172 razy
Otrzymał podziękowanie: 22115 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: songo70 » sobota 16 maja 2020, 19:01

„Polały się łzy me czyste, rzęsiste…”.

TAW

*

Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
Na moją młodość górną i durną,
Na mój wiek męski, wiek klęski:
Polały się łzy me czyste, rzęsiste…
autor: Adam Mickiewicz, „Polały się łzy…” („Liryki lozańskie”).
0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14336
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 992
x 403
Podziękował: 15172 razy
Otrzymał podziękowanie: 22115 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: songo70 » poniedziałek 05 kwie 2021, 14:24

nomen omen.. ;)

OJCIEC ZADŻUMIONYCH
W El-Arish



Trzy razy księżyc odmienił się złoty,

Jak na tym piasku rozbiłem namioty.

Maleńkie dziecko karmiła mi żona,

Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,

Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,

Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów

Chodziło co dnia na piasku pagórki

Karmić się chwastem nadmorskich ajerów;

A wieczór - wszystkie tu się kładły wiankiem,

Tu, gdzie się ogień już dawno nie pali.

Córki po wodę chodziły ze dzbankiem,

Synowie moi ogień rozkładali,

Żona, z synaczkiem przy piersiach, warzyła.

Wszystko to dzisiaj tam - gdzie ta mogiła

Promienistemu słońcu się odśmiecha,

Wszystko tam leży pod kopułką Szecha.

A ja samotny wracam - o boleści!

Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści,

Odkąd do mego płóciennego dworu

W téj kwarantannie wszedł anioł pomoru.

O! niewiadoma ta boleść nikomu,

Jaka się w moim sercu dziś zamyka!

Wracam na Liban, do mojego domu -

W dziedzińcu moim pomarańcza dzika

Zapyta: "Starcze! gdzie są twoje dziatki?" -

W dziedzińcu moim córek moich kwiatki

Spytają: "Starcze! gdzie są twoje córki?"

Naprzód błękitne na Libanie chmurki

Pytać mię będą o synów, o żonę,

O dzieci moje, wszystkie pogrzebione

Tam, pod grobowcem tym okropnym Szecha -

I wszystkie będą mię pytały echa,

I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem,

Pytać się będą. - Cóż ja im odpowiem?!



Przybyłem. Namiot rozbiłem na piasku.

Wielbłądy moje cicho się pokładły;

Dziecko, jak mały aniołek w obrazku,

Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,

Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. -

Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?

Od niéj wracała najmłodsza dziewczyna,

Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.

Przyszła do ognia i wodą z potoku,

Śmiejąc się, lekko trysnęła na braci. -

Najstarszy - z ogniem zapalonym w oku

Wstał, dzbanek wody chwycił w drżące dłonie

I rzekł: "Sam Bóg ci za wodę zapłaci,

Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie".

To mówiąc, wodę wypiwszy ze dzbana,

Powalił się tu jak palma złamana.

Przybiegłem - nie czas już było ratować. -

Siostry go chciały martwego całować;

Krzyknąłem wściekły: "Niech się nikt nie waży!"

Porwałem trupa i rzuciłem straży,

Aby go wzięła na żelazne zgrzebła

I tam, gdzie grzebią zarażonych, grzebła.

A od téj nocy tak pełnéj boleści

Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.



Téj saméj nocy Hafne i Amina

Umarły leżąc na łożu przy sobie.

A patrz! - tak cicho umierały obie!

Że choć po śmierci najstarszego syna

Oczy się moje do snu nie zawarły,

A nie słyszałem, jak obie umarły.

I nawet matka własna nie słyszała,

Choć wiem, że także téj nocy nie spała.

Rankiem obiedwie sine jak żelazo,

Dwie moje córki zabite zarazą,

Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;

I porzuciły nas! - i bez powrotu!...

A jak dorosłym przystoi dziewicom,

Włosami ziemię zamiotły rodzicom.



Widzisz te słońce w niebie lazurowém?

Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,

Zawsze zachodzi za tą piasku górą;

Zawsze te niebo nie splamione chmurą:

A mnie się zdało wtenczas, nie wiém czemu,

Że słońce słońcu nie równe złotemu;

I już nie takie, jakie było wczora,

Ale podobne do słońca upiora.

A niebo, które patrzało na zgubę

Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci:

Tak mi się mgliste zdawało i grube

Ziemi wyziewem i słońca purpurą,

Że nie wiedziałem, czy pacierz doleci

Do Pana Boga, co się zakrył chmurą.



I tak dni dziegieć przeszło, choć nieskoro.

Reszta mych dzieci żyła - wszystko czworo,

Małżonka moja serce miała lżéjsze,

I nawet moje dzieciątko najmniéjsze

Żyło i kwiatkiem nic chciało usychać -

Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;

Bo nie wierzyłem, żeby wziąwszy troje

Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci moje.



O! była to więc piekielna godzina!

Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna

Śmierć zobaczyłem! - Ach, ja go tak strzegłem! -

Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny;

Nikt by nie dostrzegł - ja, ojciec, spostrzegłem.

On do tamtego stawał się podobny;

Stawał się jak mój trup pierworodzony

Z jasnego blady, z bladego czerwony.

Patrzę! - Na twarzy plam żelaznych krocie -

Więc zawołałem głośno: "Śmierć w namiocie!"

I pochwyciwszy go z takiémi trądy

Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,

Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;

I żeby na to nie patrzała - matka.



Przy konającym czuwaliśmy bliscy

Ja z wielbłądami - na kolanach wszyscy.

Łamałem ręce i wołałem głośno:

"Oby nie umarł! lub się był nie rodził!" -

A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,

Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził

I patrzał: - tego z pamięci nie zatrzéć!

I nie wiem, jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?

Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,

Chciałem go spalić na popiół w ognisku;

Lecz ledwie ogień zaczął biec po szacie,

Wyrwałem trupa i rzuciłem straży -

Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,

I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.

Od tego zgonu i od téj boleści

Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.



Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym

I pod namiotem tym zapowietrzonym

Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,

I śmierć przed samą śmiercią udawali

Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,

Że się ten bałwan zarazy przewali. -

Powrócił! - Anioł powrócił morderca!

Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,

Już omdlałego na boleści świeże,

Już mówiącego: "Niech Bóg wszystko bierze!"

Miałem na syna trzeciego cierpienia

Powieki bez łez i serce z kamienia.

Boleść już była jako chleb powszedni.

I pod oczyma mi konał mój średni,

Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie

I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.

Toteż Bóg jemu wynagrodził za to,

Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,

Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.

Skonał i skościał, i stał się jak kamień.

A tak okropnie po śmierci wyglądał,

Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,

Ale chciał tylko lice swoje wrazić

W serca nieczułe, oczy nam przerazić

I wiecznie zostać w rodziców pamięci

Z twarzą, co woła: "Jesteście przeklęci!" -



Skonał. Myślałem wtenczas - o rozpaczy! -

Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,

Jeśli anioła śmierci przyszle po nie:

Dziecko mi weźmie - żonę - a po żonie

Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę...

Córka! - Ja myśleć nie śmiałem o córce!

I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.

Ach, ona była młoda! taka ładna!

Taka wesoła, kiedy moją głowę

Do lilijowych brała chłodzić rączek,

Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,

Około cedru biegała po trawie,

Jak pracowity snując się pajączek.

Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie

Ona robiła - i te smutne oczy

Ona rąbkami złocistych warkoczy

Tak przesłaniała, że patrzałem na nią

Jako na róże przeze łzy i słońce.

Ach, ona była domu mego panią!

Ona jak jaśni anieli obrońcę

Najmniéjsze dziecko w kołyseczce strzegła.

I gdzie płacz jaki słyszała, tam biegła;

I wszystkie nasze opłakała ciosy,

I wszystkie nasze łzy - wzięła na włosy.



Dziesięć dni przeszło i nocy tak długich,

Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.

Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich

Przeszło - nadzieja zaczynała świecić...

Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści

I naliczyliśmy ranków trzydzieści.

Nareszcie zbywszy pamięci i mocy,

Położyłem się i zasnąłem w nocy.

I we śnie, w lekkie owinięte chmury,

Ujrzałem moje dwie umarłe córy.

Przyszły za ręce trzymając się obie;

I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,

Poszły, oczyma cichymi błyszczące,

Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.

Szły cicho, z wolna, schylały się nisko

Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;

Potém na moją najmłódszą dziewczynę

Obiedwie - ręce położyły sine!

Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę

Klnąc wołam dziko: "Hatfe! moja Hatfe!"

Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,

Rzuciła mi się rączkami na szyję;

I przekonałem się, że Hatfe żyje,

Słysząc jéj serce bijące na sercu,

Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć -

Córka!!! - Lecz na co z boleścią się szerzyć?

I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!

I ta mi córka na rękach umarła!

A była jedna najstraszniejsza chwila -

Kiedy ją bole targały zabójcze,

Wołała: "Ratuj mię! ratuj, mój ojcze!"

I miała wtenczas czerwone usteczka

Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. -

I tak umarła ta moja dzieweczka,

Że mi się serce rozdarło na ćwierci -

A piękna była jak anioł - po śmierci!



Przyszli nade mną płakać nieborakiem

Strażnicy; przyszli mi wydrzeć to ciało.

I nieostrożni zaczepili hakiem -

Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą...

I tu - bogdajby jak ja nie umarli! -

Tu ją pod mymi oczyma rozdarli. -

Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!

Wziąłem ją - i sam zaniosłem na cmentarz.

Z założonymi na piersiach rękoma

Siedziała trzy dni matka nieruchoma

W kącie namiotu, żółta, jakby z drewna.

Dziecina stała się blada i rzewna;

Bo mleko matki zaczęło wysychać,

I co dnia było płacz w kołysce słychać.

A ta pustynia - nie masz dzieci w grobie! -

Ona inaczéj wydaje się tobie,

Może złocista, jasna i weselna?

Lecz dla mnie jest to równina piekielna!

Przez tę równinę, przez te piasku kupy

Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.

A tam na wzgórzu, kędy morze bije,

Dla ciebie szumi morze - dla mnie wyje;

A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze,

Dla ciebie szemrze tylko - dla mnie płacze,

Co dnia, gdy przyszła wieczorna godzina,

Śpiewającegom słyszał muezina:

Jakby się nad mym ulitował losem,

Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,

Krzycząc ze swego piaskowego stoga

Nieszczęśliwemu ojcu - wielkość Boga.

O! bądźże mi Ty pochwalony, Alla!

Szumem pożaru, co miasta zapala,

Trzęsieniem ziemi, co grody wywraca,

Zarazą, która dzieci mi wytraca

I bierze syny z łona rodzicielki.

O Allach! Akbar Allach! jesteś wielki!

Wszystko, co miało tylko twarz człowieka,

Zaczęło stronić ode mnie z daleka.

Namiotu mego - córki go uprzędły -

Płótna na rosie poczerniały, zwiędły

I podarły się, i lekko napięte,

Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.

Zarazę było znać na tym namiocie -

I wiesz, że nawet tych wróbelków krocie,

Co zlatywały się tutaj o brzasku

Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;

Odkąd mi dzieci zaczęło ubywać,

Po żer przestały się wszystkie zlatywać.

Czy odstraszyło je podarte płótno

Namiotu mego? czy twarz moja biedna? -

Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna

I spostrzegłem to - i było mi smutno.

Po córce w pięć dni - o Boże mój! Boże!

Z wieczora huczeć już zaczęło morze

I słońca się krąg pochował ponury,

I niebo czarne zaciągnęły chmury.

Noc przyszła, dotąd w pamięci ohydna,

Ciemna, od gromów czerwoności widna.

Jeszcze dziś czuję i widzę, i słyszę,

Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,

Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,

Jak się nade mną w ciemności kołysze

I od piorunów się cały czerwieni,

Podobny grobom szatańskim z płomieni.

Zdawało mi się za burzy łoskotem,

Żem słyszał martwe dzieci, za namiotem,

Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.

Więc natężałem wzrok, serce i ucho;

I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,

Jak moim dzieciom takiéj nocy w grobie?



I nagle! - Czemuż ta Śmierć tak zdradziecko!

Tak cicho weszła pod namiotu żagle?! -

Grom spadał hucząc po gromie i nagle

W kołysce z cicha zapłakało dziecko -

A płacz ten musiał być strasznym wyrazem...

Bo zaraz - matka - ja - oboje razem -

Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy...

A choć dziecięcia jęk był bardzo cichy,

To tak wydawał się obojgu głośny

I tak rozdarty, i taki żałosny,

I tak z głębokich wnętrzności wyjęty!

I tak rozumny! i taki przeklęty!!!

Żeśmy oboje biegli gromem tknięci,

I bez nadziei już! i bez pamięci!

I nie zawiodło przeczucie żałoby!

Umarło - z takiéj jak tamte choroby.

I poszło leżeć między trupy bratnie,

Moje najmilsze!... i moje ostatnie!!!

Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie.

I już nie wróci! ani mi urośnie!

Ani go kiedy mój dom już zobaczy! -

I już nie wróci nigdy!- o rozpaczy!!!



Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami.

Byliśmy z matką w namiocie - przed nami

Leżało dziecko na stole, nieżywe,

Nieruchomością śmierci przeraźliwe.

Uczułem wtenczas, patrząc na tę postać,

Że gdyby mogło choć tak z nami zostać

Przez wszystkie lata - choć tak, nie inaczéj -

Ubyłoby mi z serca pół rozpaczy.

A te już - ani zarazy strażnicy,

Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,

Gdzie się nam trupia otwierała brama,

Ale je matka tam zaniosła sama.



W namiocie pustym ja zostałem z żoną.

Ale czy pojmiesz? - zamiast nas połączyć,

Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono,

Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,

I teraz chyba je sam Bóg oczyści.

Smutek podobny był do nienawiści

I stanął czarny, wielki, między nami.

Więc rozłączeni byliśmy i sami.

I nie mówiliśmy do siebie słowa -

Bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa

W pustym namiocie między mną i żoną?

Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?...

Słońce wschodziło w upały czerwono,

Co dnia tonęło tam, gdzie teraz świeci

Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. -

Więc tak bezdzietnym było - i tak co dnia -

Cisza ogromna namiot nasz zaległa.

Chyba mysz jaka w księżycu przebiegła;

Zgoła innego jęku ni szelestu...

Doczekaliśmy więc tak dni czterdziestu.

I kwarantanny przybyli lekarze,

Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.

Widziałem, jak się każdy z nich zadziwiał;

Bo nachyliłem się był i posiwiał.

A żona moja od niespań i troski

Była jak bursztyn albo żółte woski;

Na głowie miała z włosów siwych wieniec,

Jakiś okropny ceglany rumieniec,

A oczy pełne takiéj błyskawicy,

Jak ci, co wyjdą na słońce z ciemnicy.

Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,

Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy -

Zdrów byłem. - Ludzie! czy będziecie wierzyć?

Ja, co me wszystkie całowałem trupy,

Z téj kwarantanny wychodziłem zdrowy;

Żona, co nawet nie tknęła połowy,

Nad piersiami się uderzywszy zbladła

I zachwiała się z jękiem - i upadła.

A ja na ręce wziąłem trup niewieści,

Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię

Upadłem przy niéj jak martwy na ziemię.

I obudziłem się - na dni czterdzieści...



Przed samą śmiercią wyznała mi matka,

Że chciała z grobu swojego dzieciątka

Jakiéj pamiątki, kamienia lub kwiatka,

Włoska w złocistych na głowie obrączkach;

I ta po dziecku umarłym pamiątka -

Patrzaj! - obrazek ten, co trzymał w rączkach,

Te włoski złote i tak dzisiaj święte,

W mogiłce z główki maleńkiemu zdjęte -

Bo biedna matka miała tyle mocy,

Że odkopała dziecko o północy;

Znalazła jeszcze nie zepsutym wcale,

Pocałowała; w usteczek korale

I znów włożyła do trupich obsłónek -

Te upominki i ten pocałunek,

Zazdrosnéj ziemi Szecha ukradzione,

Zabiły matkę i wzięły mi żonę.



I znów się łono piaskowe otwarło,

Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.

Potem wróciłem do płóciennéj nory

Schować się w cieniu jak nocne potwory.

Ani ja słońca na niebieskim sklepie,

Ani mnie ludzie widzieli na stepie.

Stałem się jako zdziecinniali - starzy -

W pamięci mojéj - żadnéj żywéj twarzy,

Tylko te sine i okropne Iica,

Które mi wzięła zarazy martwica.

I w dzień błękitny, i w noc każdą ciemną

Oni tu byli w tym namiocie ze mną;

Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,

W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;

I często dziwnym natrafiłem losem

Na głos, co moich był dzieciątek głosem.

Z obłąkanego budziły mię śnicia

Po nocy hyjen przeraźliwe wycia

Tam nad trumnami... i słuchałem blady,

Jak nad trupami płacze trupojady.

Stałem się wreszcie jak wąż, gdy ochłodnie.

I przechodziły mi dnie i tygodnie

Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.

Stałem się twardy i zimny jak kamień.

I raz - ach, boska nade mną opieka!

Patrzę, ktoś w namiot mój cicho zagląda -

I ach! - Nie była to już twarz człowieka,

Lecz głowa mego starego wielbłąda.

Spojrzał - i spojrzał z twarzą tak litośną,

Że rozpłakałem się jak dziecko głośno.



I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;

Przyszli mię ludzie uwolnić nareszcie.

O gorżka wolność i chwila odlotu!

Jam do ciemnego już przywykł namiotu;

Z uczuciem smutku, boleści i zgrozy

Będę wyrywał koły i powrozy,

Które... (o Boże wiekuisty, świeć mi!...)

Do tego piasku zatykałem z dziećmi.

Ach, pomóż ty mi je zerwać - sam jestem!

A może tobie posępnym szelestem

Te płótna więcéj boleści powiedzą?

One widziały wszystko! wszystko wiedzą!

Czyż nie są teraz jak męki obrazy?

Patrz na nie, dotknij! Nie bój się zarazy,

Nie bój się śmierci, co dotknięciem sinem...

Wszak ty nie jesteś, synu moim synem.

Lecz nie - uciekaj! Ja wiem że te płótna

Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.

Śmierć od zarazy? - ach! to śmierć okrutna!

Zaczynasz własnych braci nie poznawać,

Potem cię ogień pali, piersi gorą...

Ach! ja tak moich widziałem ośmioro!

I co dnia patrząc na tak konające,

Wysiedziałem tu całe trzy miesiące.

Dziś - oto dziewięć wielbłądów podróżnych,

A na nich - patrzaj, osiem juków próżnych,

I nie zostało mi nic - oprócz Boga;

I tam mój cmentarz - a tamtędy droga -


Juliusz Słowacki
0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
Mgławica NGC6960
Posty: 276
Rejestracja: niedziela 28 mar 2021, 07:44
x 4
x 11
Podziękował: 69 razy
Otrzymał podziękowanie: 365 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: Mgławica NGC6960 » czwartek 08 kwie 2021, 19:40

JANUSZ SZUBER.

Coś się zacina, coś pracuje dalej
Przez puszcze śnione do kolan w grząskich rozlewiskach,
po obojczyków okopy strzeleckie,
pod słońcem, które właśnie kiełkuje wśród łodyg.

*

Mówię go sobie – on mnie mówi.

*

Silny południowy wiatr
przynosi aż tu, od pracującego w polu bizona,
pachnące drobiny pszenicznej słomy.

*

Na chwiejnej tratwie materaca pośpiesznie
rozbierani z korony i berła.

*

Ich dłonie piszą we mnie wiersz,
budują dom jak plaster miodu.

*

Rzeka połyka w uniesieniu most.

*

Żarzył się modrzew w mlecznym kloszu mgły.

*

Czteropasmówką z suburbiów do centrum.
Żywica w żyłach zamienia się w bursztyn.

*

Od mazgajstwa lepsza kula pod łopatką.
0 x


Instynkt idzie, refleksja wędruje.
K.P.

Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14336
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 992
x 403
Podziękował: 15172 razy
Otrzymał podziękowanie: 22115 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: songo70 » poniedziałek 13 wrz 2021, 22:20

biały koń odjechał bez księcia

starannie wyprasowałem niebo
kiedy jesion wiązał krawat
wiatr przymierzył mój kapelusz

wystrojona wierzba przestała tęsknić
za tym by błyszczeć
chce świecić

a światła w niej tyle
co z księżyca

https://www.youtube.com/watch?v=YVpl-RNzdE4

0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14336
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 992
x 403
Podziękował: 15172 razy
Otrzymał podziękowanie: 22115 razy

Re: Wiersze zapamietane...

Nieprzeczytany post autor: songo70 » czwartek 16 wrz 2021, 19:30

Strój

Miała w sadzie strój bogaty,
Malowany w różne światy,
Że gdy w nim się zapodziała,
Nie wędrując – wędrowała.
Strój koloru murawego,
A odcienia złocistego –
Murawego – dla murawy,
Złocistego – dla zabawy.

Zbiegło się na te dziwy aż stu płanetników,
Otoczyli ją kołem, nie szczędząc okrzyków.

Podawali ją sobie z rąk do rąk, jak czarę:
„Pójmy duszę tym miodem, co ma oczy kare!”

Podawali ją sobie z ust do ust na zmiany:
„Słodko wargą potłoczyć taki krzew różany!”

Porywali ją naraz w stu pieszczot zawieję:
„Dziej się w tobie to samo, co i w nas się dzieje!”

Dwojgiem piersi ust głodnych karmiła secinę:
„Nikt tak słodko nie ginął, jak ja teraz ginę!”

Szła pieszczota koleją, dreszcz z dreszczem się mijał,
Nim jeden wypił do dna – już drugi nadpijał.

Kto oddawał – dech chwytał, a kto brał – dech tracił,
A kto czekał za długo – rozumem przypłacił!

Sad oszalał i stał się nie znany nikomu,
Gdy ona, jeszcze mdlejąc, wróciła do domu.

Miała w oczach ich zamęt, w piersi – ich oddechy,
I płonęła na twarzy od cudzej uciechy!

„Jakiż wicher warkocze w świat ci rozwieruszył?”
„Ach, to strzelec – postrzelec w polu mnie ogłuszył!”

„Co za dreszcz twoim ciałem tak żarliwie miota?”
„Śniła mi się w śródleciu burza i pieszczota!”

Mać ją, płacząc, wyklęła – ojciec precz wyrzucił,
Siostra łokciem skarciła, a brat się odwrócił.

A kochanek za progiem z pierścieni ograbił,
I nie było nikogo, kto by jej nie zabił.

I nie było nikogo, kto by nie był dumny,
Że ją przeżył, gdy poszła wraz z hańbą do trumny.

Tylko Bóg jej nie zdradził i ślepo w nią wierzył
I przez łzy się uśmiechał, że ją w niebie przeżył.

„Ty musisz dla mnie polec na śmierci wezgłowiu,
A ja muszę dla ciebie trwać na pogotowiu!

Ty pójdziesz tą doliną, gdzie ustaje łkanie,
A ja pójdę tą górą na twoje spotkanie.

Ty opatrzysz me rany, ja twych pieszczot ciernie,
I będziem odtąd w siebie wierzyli bezmiernie!”

Miała w trumnie strój bogaty,
Malowany w różne światy,
Że gdy w nim się zapodziała,
Nie wędrując – wędrowała.
Strój koloru murawego,
A odcienia złocistego –
Murawego – dla murawy,
Złocistego – dla zabawy.

the_traveler_by_paulee1-d7w617h_1.jpg
the_traveler_by_paulee1-d7w617h_1.jpg (53.16 KiB) Przejrzano 324 razy
0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

ODPOWIEDZ