Drodzy forumowicze i goście!

25.11.2021
Wszystko wskazuje na to, że nasze forum działa już na nowym hostingu, tu nie powinniśmy już minutami oczekiwać na załadowanie się strony. Jest to nowoczesny hosting, gdzie zasoby są skalowalne, więc nie będzie blokad i zahamowań. Ponoć nie ma też limitów dla baz danych, więc możemy znów spokojnie wszystko pisać i wstawiać, ale kopiowanie poprzednich postów i blisko z góry nie będzie tolerowane, bo szkoda czasu czytających.
Będziemy jeszcze robić upgrade skryptu forum, więc jakieś przerwy będą, jeszcze nie wiem kiedy.
Życzę forumowiczom i gościom przyjemnego surfowania i odnalezienia tego, co was interesuje. No i zdrówka dla wszystkich!

/blueray21

W związku z "wysypem" reklamodawców informujemy, że konta wszystkich nowych użytkowników, którzy popełnią jakąkolwiek formę reklamy w pierwszych 3-ch postach, poza przeznaczonym na informacje reklamowe tematem "... kryptoreklama" będą usuwane bez jakichkolwiek ostrzeżeń. Dotyczy to także użytkowników, którzy zarejestrowali się wcześniej, ale nic poza reklamami nie napisali. Posty takich użytkowników również będą usuwane, a nie przenoszone, jak do tej pory.
To forum zdecydowanie nie jest i nie będzie tablicą ogłoszeń i reklam!
Administracja Forum

To ogłoszenie można u siebie skasować po przeczytaniu, najeżdżając na tekst i klikając krzyżyk w prawym, górnym rogu pola ogłoszeń.

Uwaga! Proszę nie używać starych linków z pełnym adresem postów, bo stary folder jest nieaktualny - teraz wystarczy http://www.cheops4.org.pl/ bo jest przekierowanie.


/blueray21

Opowiadania

Awatar użytkownika
Fedon
Posty: 150
Rejestracja: czwartek 18 kwie 2013, 07:47
x 9
x 16
Podziękował: 397 razy
Otrzymał podziękowanie: 239 razy
Kontakt:

Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: Fedon » poniedziałek 07 lip 2014, 10:35

Opublikowałem zbiór opowiadań. Podaję link. Część wpisuje się w realizm magiczny poruszając tematykę relacji ze światami równoległymi i inną rzeczywistością. Część to zbeletryzowane rozprawki teologiczno – filozoficzne z dodatkiem fantazji.
Gdyby ktoś chciał poczytać a tym bardziej ustosunkować się do niektórych zawartych w nich tez, byłoby miło.

http://wydaje.pl/e/szelest-zamknietych-drzwi
0 x



Awatar użytkownika
Dariusz
Administrator
Posty: 2755
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:32
x 17
Podziękował: 5078 razy
Otrzymał podziękowanie: 1627 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: Dariusz » poniedziałek 07 lip 2014, 23:25

Dzięki.
Zassam, poczytam i ... może coś kliknę. ;) :D
0 x


Pozwól sobie być sobą, a innym być innymi.

siwek
Posty: 3
Rejestracja: środa 19 lis 2014, 13:42
Otrzymał podziękowanie: 3 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: siwek » środa 19 lis 2014, 17:53

też dziękuję, może uda się poczytać w wolnej chwili
0 x



Awatar użytkownika
chanell
Administrator
Posty: 6911
Rejestracja: niedziela 18 lis 2012, 10:02
Lokalizacja: Kraków
x 1271
x 353
Podziękował: 12715 razy
Otrzymał podziękowanie: 13015 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: chanell » czwartek 04 gru 2014, 17:31

Fedon w końcu znalazłam czas na twoje opowiadania. Jestem w połowie czytania i powiem krótko : jestem pod dużym wrażeniem ! Czytam dalej :)
0 x


Lubię śpiewać, lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy...........

Awatar użytkownika
Fedon
Posty: 150
Rejestracja: czwartek 18 kwie 2013, 07:47
x 9
x 16
Podziękował: 397 razy
Otrzymał podziękowanie: 239 razy
Kontakt:

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: Fedon » czwartek 04 gru 2014, 20:02

chanell pisze:Fedon w końcu znalazłam czas na twoje opowiadania. Jestem w połowie czytania i powiem krótko : jestem pod dużym wrażeniem ! Czytam dalej :)

Bardzo miło mi to słyszeć. Dziękuję.
0 x



Awatar użytkownika
chanell
Administrator
Posty: 6911
Rejestracja: niedziela 18 lis 2012, 10:02
Lokalizacja: Kraków
x 1271
x 353
Podziękował: 12715 razy
Otrzymał podziękowanie: 13015 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: chanell » czwartek 04 gru 2014, 20:17

Nie ma za co Fedon ,cała przyjemność po mojej stronie ,lubię tego typu twórczość .Na razie najbardziej podoba mi się " Szelest zamkniętych drzwi " ale i inne są niezwykle interesujące . Na przykład "Koniec świata " trochę przypomina mi twórczość S.Lema ;) (wiem , nie powinnam porównywać i z góry przepraszam )Jeszcze nie skończyłam ,bo niestety co rusz to obowiązki wzywają .
0 x


Lubię śpiewać, lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy...........

Awatar użytkownika
chanell
Administrator
Posty: 6911
Rejestracja: niedziela 18 lis 2012, 10:02
Lokalizacja: Kraków
x 1271
x 353
Podziękował: 12715 razy
Otrzymał podziękowanie: 13015 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: chanell » piątek 12 gru 2014, 22:29

Fedon 2 dni temu skończyłam czytać Twoje opowiadania .Bardzo mi się podobały . Ciężko było oderwać się od nich, bardzo wciągające ;) Tak jak pisałam wyżej ,lubię tego rodzaju twórczość i mogę z czystym sumieniem polecić innym.
Przeczytajcie opowiadania Fedona na prawdę warto !

Dziękuję raz jeszcze Fedon ,że udostępniłeś nam swoje opowiadania.

Obrazek
0 x


Lubię śpiewać, lubię tańczyć,lubię zapach pomarańczy...........

Awatar użytkownika
Fedon
Posty: 150
Rejestracja: czwartek 18 kwie 2013, 07:47
x 9
x 16
Podziękował: 397 razy
Otrzymał podziękowanie: 239 razy
Kontakt:

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: Fedon » sobota 13 gru 2014, 13:41

Jeszcze raz dziękuję, za tak miłe słowa.
Obrazek
0 x



Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14519
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 1001
x 410
Podziękował: 15464 razy
Otrzymał podziękowanie: 22421 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: songo70 » wtorek 05 mar 2019, 14:16

to nie opowiadanie, ale z cyklu- "życie dziwniejsze od fikcji":
https://kobieta.wp.pl/panika-wsrod-pacj ... 632819329a
Panika wśród pacjentów. Internistka Linda H. wróciła na
oddział
W niedzielę przerażeni pacjenci gorzowskiego szpitala zaczęli ostrzegać
mieszkańców miasta. W gabinecie internistycznym pojawiła się słynna lekarka -
Linda H., która przez lata posługiwała się fałszywymi dokumentami i dopuściła się
szeregu przestępstw.
Udawała psychiatrę
Historia lekarki Lindy H. jest tak absurdalna i przerażająca, że trudno w nią uwierzyć.
Jeszcze jako mężczyzna ukończyła specjalizację internistyczną na Lubelskiej Akademii
Medycznej, zmieniła płeć i w latach 90. wyjechała do Nowej Zelandii. Posługując się
sfałszowanymi papierami lekarza-psychiatry, zatrudniła się w szpitalu w Hutt Valley. W
1996 roku awansowała i została dyrektorem oddziału psychiatrii.
Nikt nie domyślał się, że polska internistka w rzeczywistości z psychiatrią nie ma nic
wspólnego. Do czasu, aż pod jej opiekę trafił groźny schizofrenik, a kobieta podjęła
decyzję o zwolnieniu pacjenta z obowiązkowego leczenia. Gdy chory wyszedł ze
szpitala, zabił swoją narzeczoną, odcinając jej głowę. Później twierdził, że kobieta jest
szatanem i poprzez morderstwo ocalił ludzkość.
Po tragicznym zdarzeniu Linda uciekła do Polski, gdzie w 2003 roku zatrudniła się w
szpitalu psychiatrycznym w podwarszawskich Tworkach, wciąż posługując się
fałszywymi dokumentami. Kobieta szybko awansowała na stanowisko ordynatora
geriatrii. Jej kariera rozwijała się do czasu, gdy namierzyła ją reporterka z Nowej
Zelandii. Wtedy zwolniła się z pracy i przepadła.
Szereg przestępstw, śmieszny wyrok
Reporterka zawiadomiła dyrektorkę szpitala, iż Linda najprawdopodobniej była
oszustką, lecz ta nie przejęła się doniesieniem - w końcu Linda i tak zniknęła. Na
prośbę nowozelandzkiej prasy, sprawę kobiety przejęła "Gazeta Wyborcza". W 2005
roku dziennik opublikował głośny reportaż o Lindzie. Wtedy do redakcji zwróciła się
policja, która w osobie fałszywej psychiatry rozpoznała kobietę zatrzymaną w 2000
roku na warszawskiej Pradze. Funkcjonariusze aresztowali wówczas podejrzaną, która
wyłudziła dwa kredyty i okradła sklep z meblami. Kobieta została wypuszczona z
aresztu, pod warunkiem, że będzie regularnie stawiać się na najbliższym komisariacie.
Od tego czasu policjanci nie widzieli jej ani razu.
W lipcu 2005 roku udało się aresztować Lindę. W 2006 roku Sąd Rejonowy w
Pruszkowie wydał wyrok pozbawienia wolności na okres dwóch lat w zawieszeniu na
pięć zarówno za przestępstwa finansowe jak i posługiwanie się fałszywymi
dokumentami. W tym samym czasie Okręgowy Sąd Lekarski pozbawił Lindę prawa do
wykonywania zawodu. Linda nie dała za wygraną - odwołała się od wyroku do
Naczelnego Sądu Lekarskiego. Wyrok został złagodzony - z powodu "głębokiej
skruchy" została pozbawiona prawa do wykonywania zawodu jedynie na cztery lata.
Gdy wyrok uległ przedawnieniu, Linda H. powróciła do pracy. Była zatrudniana w
różnych placówkach publicznych w województwie wielkopolskim. Wszędzie sypały się
na nią skargi, a opowieści o absurdalnych poradach i nieprofesjonalnym zachowaniu
nieustannie krążyły wśród pacjentów. Od lutego 2017 roku prokuratura w Gorzowie
prowadzi postępowanie w sprawie o narażenie na bezpośrednią utratę życia lub ciężki
uszczerbek na zdrowiu jednego z pacjentów - Henryka Kirpluka, który zmarł po tym, jak
Linda odesłała go do domu, mimo dreszczy i silnej gorączki. Kobieta zdiagnozowała
kłopoty z kręgosłupem, choć przyczyną złego samopoczucia były nerki. W
konsekwencji złego leczenia rozwinęła się sepsa i nastąpił zgon. Mimo władze Izb
Lekarskich nie podważały prawa Lindy do wykonywania zawodu.
Panika w Gorzowie
3 marca pacjenci szpitala wojewódzkiego w Gorzowie Wielkopolskim, zaczęli
ostrzegać mieszkańców miasta. Na oddziale pojawiła się słynna internistka. Udało
nam się porozmawiać z rodzicami, którzy w niedzielę trafili do jej gabinetu z chorymi
dziećmi.
- Córeczka wymiotowała i miała wysoką gorączkę. Pani nie zbadała brzuszka, tylko
osłuchała małą, ale w gardło spojrzała z daleka, nie zaświeciła nawet latarką -
opowiada mama czteromiesięcznej Marysi. - Powiedziała, że w Stanach nasącza się
waciki whiskey i smaruje dziecko, żeby je rozgrzać. Narzekała, że polscy pacjenci
wszystkiego się boją. Pani doktor stwierdziła, że Marysia jest zdrowa. Zachowanie
lekarki wzbudziło moje wątpliwości i skonsultowałam się z lekarzem prywatnym.
Powiedział, że córka ma poważną grypę żołądkową. Od razu wypisał probiotyki i leki na
zbicie gorączki - mówi mama małej pacjentki.
- Córka miała 40 stopni gorączki, rano pojechałam z nią na izbę przyjęć. Nie
wiedziałam, kim jest Linda H., ale od razu zdziwił mnie jej styl. Była ubrana jak cyganka
i wypowiadała się bardzo nieprofesjonalnie - opowiada mama małej pacjentki. -
Lekarka powiedziała: "do gardła zaglądać nie będę, bo tak płacze". Oburzyłam się i
nalegałam, by zajrzała. W końcu to zrobiła i stwierdziła, że mała ma anginę. Nie chcę
nawet myśleć, co by było, gdyby nie wypisała jej antybiotyku i tak po prostu wypuściła
do domu. Wieczorem przeczytałam, kim jest ta kobieta. Przeraziłam się - kwituje
mama dziewczynki.
Polski absurd
- W moim przekonaniu Linda H. powinna być pozbawiona prawa wykonywania
zawodu. Nie rozumiem, dlaczego osoba, która dopuściła się tylu fałszerstw i zagrażała
innym, nie została przymusowo poddana badaniom psychiatrycznym. Należało je
wykonać, by sprawdzić, czy jest zdrowa i czy może pracować jako lekarz. W tej sprawie
powinien swoje stanowisko przedstawić Rzecznik Praw Pacjenta i optować za tego
typu działaniami - mówi Adam Sandauer, honorowy przewodniczący Stowarzyszenia
Pacjentów "Primum Non Nocere".
Na komentarz RPP wciąż czekamy, uzyskaliśmy jednak komentarz z gorzowskiego
szpitala.
- Lekarzy brakuje w całym kraju, a deficyt ten dotyka niemal każdej dziedziny
medycyny. Nasza lecznica podejmuje różne działania zachęcające lekarzy do podjęcia
pracy właśnie u nas - tłumaczy rzeczniczka placówki.
- Dr Linda H. złożyła akces pracy w Wielospecjalistycznym Szpitalu Wojewódzkim w
Gorzowie Wlkp. Zanim została zatrudniona, o opinię w jej sprawie, byli proszeni jej
poprzedni pracodawcy. Żaden z pytanych nie miał zastrzeżeń co do kwalifikacji dr H.
Nie ma też innych przeciwwskazań co do podjęcia z nią współpracy - mówi.
Rzeczniczka dodaje, że zarząd lecznicy będzie przyglądał się pracy internistki. - Jeśli
pojawią się uzasadnione skargi dotyczące jakości świadczenia przez nią usług,
wówczas podejmiemy decyzję, co do kontynuacji tej współpracy. Dr H. wciąż ma
aktualne prawo wykonywania zawodu. Instytucje zajmujące się oceną pracy lekarzy nie
zgłosiły żadnych zastrzeżeń jej dotyczących. W tej sytuacji zarząd lecznicy współpracę
podjął, także po to, by uniknąć posądzenia o stygmatyzację lekarki - podsumowuje
rzeczniczka.
0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
songo70
Moderator
Posty: 14519
Rejestracja: czwartek 15 lis 2012, 11:11
Lokalizacja: Carlton
x 1001
x 410
Podziękował: 15464 razy
Otrzymał podziękowanie: 22421 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: songo70 » czwartek 29 sie 2019, 10:47

"ASTROMARIA" V2.0 :mrgreen:
KOSMICZNA BAJECZKA II
Zamieszczono 03/04/2010 przez astromaria
Autor: Obywatel
wersja dla tych, którym trudno wyjść poza chrześcijański paradygmat pojęciowy

Istnieje wiele bajeczek, które próbują w taki czy inny sposób wyjaśniać lub (próbować wyjaśniać) to, jak powstał wszechświat, czym jest Byt i co my do tego wszystkiego mamy. Bajeczki rodzą się z potrzeby narracji, właściwej ludziom różnych kultur i społeczeństw. Bajeczki mają w sobie również pewien pierwiastek mitu. Opowiadanie różnych bajeczek odsłania bowiem przed nami ukryte, nieuświadomione pragnienie dotarcia do bajeczki, od której wszystko się zaczęła. Jakby powiedział Mircea Eliade, w kulturze tradycyjnej każda narracja jest tylko zniekształconym odbiciem Pierwszej Narracji – czyli bajeczki która pojawiła się na samym początku, bajeczki która jest ostateczna. Mit to właśnie owa Pierwsza Narracja, nieskażona przez zniekształcenia, przekazana w najczystszej formie. Bruno Schulz dobitnie wyłożył to w swoich licznych opowiadaniach, między innymi w „Republice Marzeń”, więc nie będę po nim powtarzał. Dla lepszego odbioru mojej bajeczki warto po prostu odrzucić potoczne rozumienie „mitu” jako czegoś fałszywego i z gruntu zabobonnego i skierować się w stronę fenomenologicznego ujęcia narracji mitycznej jako próby wyjaśnienia tego, co niewyjaśnialne.

„Kosmiczna Bajeczka” autorstwa Astromarii dla wielu pozostaje z pewnością niezrozumiała. Kiedy czytam różne komentarze na tym blogu, wydaje mi się, że po pierwsze większość jej nie przeczytała, a po drugie, nawet gdyby ktoś ją przeczytał, można z łatwością domyśleć się jego reakcji. Dzieje się tak dlatego, że wbrew temu, co niektórzy twierdzą, zostaliśmy całkowicie ukształtowani przez pewne wzory kulturowe właściwie pewnemu kręgowi w którym się znajdujemy i choćbyśmy nie wiem jak daleko od nich uciekali, te są w nas mocno zakorzenione.

Pomyślałem o tym, że ja też przecież mogę opowiedzieć bajeczkę – tylko odrobinę bardziej „przyswajalną” dla tych, którzy pojęcie Boga i w ogóle pojęcie Istoty Nadrzędnej utożsamiają z pojęciem chrześcijańskim i nijak nie dają sobie rady z „odkojarzeniem” pewnych pojęć. Dotyczy to głównie rozmaitych nawiedzonych ateistów, którzy przeszli w przeszłości istne piekło i odeszli od religii, a mimo to nadal kieruje nimi lęk i uprzedzenie, każące „z automatu” ignorować samą ideę istnienia wyższej, inteligentnej istoty tylko dlatego, iż owo pojęcie kojarzy się ze znienawidzonym „Bogiem”.

Innym motywem powstania bajeczki były moje rozważania na temat aktualnej kondycji duchowej człowieka. Jedyny wniosek do jakiego doszedłem to ten, że „ktoś coś spieprzył na jakimś etapie”, ale tak naprawdę nie wiadomo kto i na jakim.

——

Dawno temu (a właściwie ani „dawno”, ani „temu”, bo sprawa działa się poza czasem i przestrzenią, czy też, jak kto woli, ciągle się dzieje na pewnej płaszczyźnie, nigdy nie skończona i nigdy nie zaczęta) Wyższa Inteligencja zaplanowała stworzenie wszechświata. Tak naprawdę żadne pojęcia dobrze tego nie oddadzą, bo niczego nie zaplanowała i niczego nie stworzyła (do tego potrzebny byłby jej czas, a tego, jak wiadomo, nie „było”), ale powiedzmy tak umownie. Inteligencja „zrobiła” to, bo zrobić to niejako musiała. Będąc inteligencją samą, nie miała żadnego punktu odniesienia – żadnego „lustra”, żadnej manifestacji. Proces zaszedł niejako automatycznie, a przypominał bardziej coś w rodzaju rozmnażania się przez podział i pączkowanie, niż „wyłonienie się z bezkresu chaosu czystych Idei”. Przyczyna nie jest znana, bo prawdopodobnie jej nie było. Inteligencja najwidoczniej nie mogła istnieć sama dla siebie i w sobie. „Dzieło Stworzenia” zaszło tak, jak zachodzą naturalne procesy w przyrodzie. Nie „przypadkiem” więc, ale i nie za pomocą jakiegoś odgórnego „planu”.

Inteligencja po prostu zmultiplikowała siebie tak, by samej sobie jawić się jako zespół bytów. Wszystkie one z osobna miały Jej cechy, a Ona dzięki temu poznawała samą siebie. Odkryła, że w swojej naturze nie była dobra ani zła – była po prostu nieskończonym potencjałem. Dzięki temu, że odbijała się w mikrokosmosie każdej swojej części, wszechświat robi wrażenie organizmu zintegrowanego.

Tak, można powiedzieć że jest to pogląd o korzeniach panteistycznych, jednak nikt z tych, którzy wiedzą czym jest panteizm, nie powie że „bajeczka jest panteistyczna”. Nie jest.

We wszechświecie panuje wolna wola, więc Inteligencja jako taka (nadal dość „mocna” w samej sobie), nie „ingeruje” świadomie w żadne procesy. W naturalny sposób „wszelki duch” dąży po prostu do równowagi. Kiedy coś ją zakłóca, następuje naturalny proces dążący do jej przywrócenia. Jak homeostaza i działania układu odpornościowego walczącego z drobnoustrojami.

To szerokie tło opowieści, można je właściwie pominąć. Nas interesować będzie pewien jej fragment, którzy w szczególny sposób narzuca się energii skupionej w pobliżu tak zwanej planety Ziemia. Postarajmy się teraz na chwilę zapomnieć w ogóle o poprzednich akapitach i opowiedzieć wszystko od nowa. Tamtego nie było, precz, sio!

Pewnego razu istota zwana Pambukiem (zapis fonetyczny poparty empirią) postanowiła stworzyć świat. Nie było wtedy czasu ani przestrzeni, ale miały się pojawić. Pochodzenie istoty nie jest do końca jasne, ale liczne źródła utrzymują, że jest ona osobą. Bycie osobą nie przeszkadza jej w byciu wszechobecną, ale to już detal. Nie przeszkadza jej to również przyjmować postaci gorejącego krzaka lub grzmotu, ani też chwytać proroka Ezechiela „ręką”. Pambuk, jak dobrze wiadomo, jest nieodgadniony i nieodgadnione są jego zamysły. Wychodzi na to, że jest istotą bez biografii, która posiada zdolność transformacji.

Pambuk według źródeł „wystarczał samemu sobie”, ale nie mógł sobie odmówić odrobiny zabawy. Stworzył materię, świat i zwierzęta, podkreślając że owe wytwory żyją własnym życiem na zasadzie opisanej przez Umberto Eco w eseju „Dzieło Otwarte”. Są naznaczone ręką rzemieślnika, ale nie noszą jego cech.

Wiadomo że Pambuk stworzył sobie do pomocy zastępy anielskie – chciał prawdopodobnie, na wzór Tolkienowskiego Eru Iluvatara, w chłodne niebiańskie noce słuchać ich przepięknych głosów. Jednak jeden z tych głosów śpiewał fałszywie, zupełnie jak Melkor – nie wiadomo czy to dlatego, że Pambuk stworzył coś niedoskonałego (sam był doskonałością) czy dlatego, że w swojej doskonałości przewidział on miejsce dla przeciwwagi. Coś poszło nie tak, choć podobno doskonali nie mają prawa się mylić i, jak śpiewał Jacek Kaczmarski:

Chóry śpiewały, milczał głos
Który powinien wszystko wyjaśnić
Szły tłumy białe
Nad umowną krawędź przepaści

Zaaranżowano strącenie w otchłań Lucyfera (to ten niepokorny aniołek), który sam przyznał sobie we władanie królestwo piekielne. Nie wiadomo skąd się ono wzięło, bo Lucyfer nie będąc bogiem nie mógł niczego stworzyć (źródła mówią, że manicheizm to herezja), ale tak już się stało. Widać było zawsze obecne w planach Wszechmocnego.

Ów tymczasem, być może rozczarowany porażką, zapragnął czegoś materialnego i namacalnego. Stworzył człowieka, według źródeł, „na swój obraz i podobieństwo”. Człowiek był wyposażony w zestaw full wypas nadający się idealnie do rajskiej egzystencji. Potem Pambuk pomyślał, że przyda się człowieczyca, no i uczynił jak zamierzał. Kazał biegać ludziom po raju nago – podniecało go to, że nie mógł się powstrzymać i podglądał ich, gdy gzili się na miękkiej trawce.

Człowiek nie był jednak doskonały – Pambuk z premedytacją „władował” mu pod maskę skłonności do dewiacji i ulegania pokusom. Najwidoczniej pomyślał, że oto będzie się coś działo. Na wszelki wypadek wyposażył go w cały zestaw skłonności do agresji, co miało dodatkowo uatrakcyjnić zabawę (wiadomo, że Lucyfer nic człowiekowi dać nie mógł, skłonności do „złego” musiał więc zasiać sam Pambuk). Tak oto rozpoczęła się pierwsza edycja kosmicznego Big Brothera w której Adam i Ewa zostali nominowani do opuszczenia domu. W tym okresie stwórca zaczął zdradzać objawy rozdwojenia jaźni lub choroby dwubiegunowej. Źródła podają, iż powiedział on: „oto człowiek stał się taki jak MY”.

Pambuka cieszył też incydent z Kainem i Ablem – podobało mu się do tego stopnia, że postanowił Kaina nie karać, lecz naznaczyć go znamieniem tak, aby nikt nie mógł Adamowego syna zabić. Biorąc pod uwagę, że Pierwsza Para oraz dwójka ich dzieci stanowiła całą populację Ziemi, Kain musiałby się nieźle nabiegać w poszukiwaniu tych, którzy chcieliby mu zrobić coś złego.

Fakt, jakoś tak za mało tego ludu tutaj – pomyślał Pambuk i dał rozkaz człowiekowi, by ten mnożył się na wzór króliczy (liczne źródła parafialne powielają ten pogląd do dziś). Nie wyciągnął nawet konsekwencji za akt kazirodztwa, który był zapewne konieczny do multiplikacji materiału genetycznego.

Potem działy się różne cuda i dziwy – Pambuk postanowił rozkręcić reality show na całego i postawił sobie za punkt honoru wywołanie kilku krwawych jatek. W tym celu wybrał sobie najpierw pewne ludzkie plemię i z sobie tylko znanych powodów faworyzował je ponad inne. Akcja się rozwinęła – Pambuk na przemian to doświadczał swój lud ile fabryka dała, to znów pozwalał mu triumfować nad wrogiem. Podczas spotkania z Mojżeszem dał ludziom zbiór jedenastu… przepraszam, dziesięciu praw, do których poczynił monstrualne adnotacje. Pech chciał, że do dnia dzisiejszego owe przypisy nie przetrwały. Wieść gminna niesie, że na przykład „Nie zabijaj” było wyłącznie tytułem kodeksu, który zawierał liczne paragrafy typu: „chyba że istnieje uzasadniona konieczność”, „chyba że to dotyczy zwierząt”, „chyba że jest wojna”. Zdumiewające jest, że pokoleniowa wiedza o owych treściach przeżyła same źródła i do dziś prawa Pambuka są przestrzegane łącznie z niepisanymi adnotacjami.

Pambuk lubił zabawę – sprawiało mu psychopatyczną przyjemność patrzenie na wyrzynające się nawzajem plemiona Izraela, przeżywał Exodus niczym „Underground” Kusturicy, ostro kibicował „swoim” kiedy waliły się mury Jerycha. W tajemnicy spiskował za plecami jednych w interesie drugich – na przemian, by zabawa zbyt szybko się nie skończyła. Trwało to przez wieki.

W tym czasie Pambuk lubił sprawdzać, czy ludzie są mu posłuszni. Co prawda żyli oni własnym życiem, jednak musieli przyznać, że conieco mu zawdzięczają. Stawiał ich więc przed trudnymi wyborami – skoro należeli do niego, to mógł wszak robić z nimi co chce. Abrahamowi włos zjeżył się na głowie kiedy zażądano od niego złożenia ofiary z jego syna, Izaaka na górze Moria. Nie tylko dlatego, że żądanie było nacechowane absurdem – również dlatego, że miało to być całospalenie, które w myśl żydowskich wierzeń, odbiera szansę na zmartwychwstanie. Skończyło się na strachu i deklaracji niesamowitego posłuszeństwa. Pambuk śmiał się setnie w duchu z tych idiotów, którzy byli gotowi zabić własnego syna w imię służby takiemu degeneratowi jak on.

Zachowania Pambuka cechowała kompulsywność i porywczość – kiedy prowadzone przez ludzi wojenki nie szły zgodnie z planem, sam interweniował za pomocą ognistych kul i błyskawic. Swoją mętną wolę przekazywał staruszkom, których lud zwał potem prorokami.

Pambuk lubił tego, którego ludzie zwali Szatanem. Lubił grać z nim w squasha i pić gin z tonikiem gdzieś pośród chmur. Rozumieli się dobrze, ale żaden z nich nie lubił oddawać pola – dało się wyczuć ducha rywalizacji. Pambuk był co prawda na lepszej pozycji, ale dawał przeciwnikowi czasem wygrywać po to, by zmiażdżyć go druzgocąco w drugiej partii. Do historii przeszła zabawa w „udręki Hioba”. Pambuk zalożył się z Lucyferem, że ten oto człowieczek jest na tyle ograniczony umysłowo, że wytrwa przy Stwórcy choćby nie wiadomo co się stało. Cierpienia spadały na Hioba (Joba) jedno za drugim – Szatan uśmiechał się złowieszczo gdy widział jak Pambuk kładzie do piachu siedem córek i siedmiu synów pobożnego człowieka, które co prawda niczym nie zawiniły, ale cóż, life is brutal.

Po wielu wyniszczających wojnach na bliskim wschodzie, Pambuk ze smutkiem odnotował, że wraz z ekspansją Imperium Rzymskiego, robi się na tym świecie coraz nudniej. Co prawda popierał on dążenia Cezarów, nie przypuszczał jednak, że ich celem jest utrzymywanie względnego ładu, nie zaś nieustanne podboje. Nie było już tak łatwo podburzać jednych przeciw drugim.

Zniechęcony sytuacją postanowił zagrać strategicznie. Gwałcąc jedną z żydowskich kobiet, zesłał na świat swojego potomka, w którym widział podżegacza nowej rebelii. Synek miał jednak gadane po matce i inteligencję po tatusiu – zamiast przygotować powstanie przeciw Rzymowi, zaczął gadać coś o miłowaniu bliźniego. To musiało być dla Pambuka bardzo irytujące. Ale przewidział taki obrót spraw i grał na czas.

Kiedy synuś dorósł, Pambuk dał w łapę komu trzeba i zadbał o to, żeby śmierć Jezusa oglądały tłumy zgromadzone przed radioodbiornikami. Cieszył go widok legionistów rzymskich batożących pokrwawione plecy „mesjasza”. Wcześniej bowiem ogłosił poprzez różnych swoich pośredników, iż dawny okres jego rządów był okresem błędów i wypaczeń, a cały nasz kraj stanął nad przepaścią i uczynił poważny krok naprzód. Nowa polityka miłości przyjęła się i ku uciesze Pambuka, rozsierdziła Nerona, który rozpoczął masowe prześladowania.

Pambuk znudzony długowiecznością Imperium, pomógł mu wydać ostatnie tchnienie i przerzucił się na północ Europy. Wiedząc o tym, że w wielu miejscach świata ludzie nie są mu posłuszni, już wcześniej przezornie za pośrednictwem niejakiego Konstantyna postanowił stworzyć aparat do walki z odmiennością światopoglądową. Udało się – przez ponad dziesięć wieków aparat ów był nadrzędną siłą polityczną, ekonomiczną i militarną świata.

Reszta bajeczki jest znana wszystkim czytelnikom – zarówno „oświeconym” materialistom, jak i wieloletnim członkom Kółka Rybackiego sp. z.o.o. założonego około roku 35 n.e. z inicjatywy niejakiego Petrusa.

Pewne pytania nasuwają się wręcz od razu: czy porównując obie te bajeczki można powiedzieć, że stanowią dwa warianty opowieści o TYM SAMYM wydarzeniu? Czy aby na pewno można powiedzieć, że Wyższa Inteligencja i Pambuk to dwie manifestacje tego samego i nieprawdą jest, że jedna jest raczej pierwotna wobec drugiej?

Proszę wszystkich radykalistów światopoglądowych oraz resztę „cnotliwych i dobrych ludzi” o rozważenie sobie tego w zakamarkach własnej duszy.

Dziękuję za uwagę.

Share this:
https://astromaria.wordpress.com/2010/0 ... jeczka-ii/
0 x


Jak się nie ma talentu, by napisać książkę to się zostaje krytykiem i wylewa wiadro pomyj na innych.

Awatar użytkownika
forester
Posty: 523
Rejestracja: piątek 12 cze 2015, 16:34
x 61
x 64
Podziękował: 574 razy
Otrzymał podziękowanie: 1275 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: forester » wtorek 31 sie 2021, 00:58

Klasa III

Byli sobie rodzice, którzy mieli dwoje dzieci. Pewnego razu matka powiedziała do córki:
Popilnuj braciszka, my idziemy do lasu zbierać grzyby.
Ledwie rodzice zniknęli za zakrętem dróżki, dziewczynka posadziła braciszka w trawie, a sama pobiegła się bawić. Nagle nadleciały dzikie łabędzie. Zniżyły swój lot i porwały braciszka. Dziewczynka nie wiedziała, dokąd ma iść na poszukiwanie braciszka, więc spytała jabłoni.
Zerwij najbrzydsze jabłko i zjedz je, a wtedy ci powiem, dokąd poniosły łabędzie twojego braciszka- rzekła jabłonka.
Dziewczynka nie chciała zjeść brzydkiego jabłka, więc pobiegła dalej. Zatrzymała się dopiero nad rzeką
Rzeko, dokąd poleciały łabędzie z moim braciszkiem?
Napij się mojej wody, a wtedy powiem, co się stało z twoim bratem odpowiedziała rzeka.
Dziewczynka nie chciała pić wody z rzeki, więc pobiegła dalej. Biegła przez pola, przez łąki, przez las, aż zobaczyła domek na kurzej stopce. W domku, na ławce siedziała Baba Jaga, obok niej bawił się mały braciszek. Dziewczynka weszła do chaty.
Dzień dobry, babciu.
Dzień dobry – rzekła Baba Jaga – Czego tu szukasz?
Przemokłam, zmarzłam okrutnie, czy mogę się trochę ogrzać?
Siadaj . Atu masz kądziel i wrzeciono. Prządź.
Baba Jaga wetknęła do ręki dziewczynki wrzeciono, a sama weszła po drabinie na strych. ;Ledwie zniknęła na strychu, gdy spod pieca odezwał się cichy szept myszki.
Daj mi odrobinę kaszy, a powiem ci cos ważnego.
Dziewczynka spełniła prośbę myszki. Wtedy ta powiedziała:
-Baba Jaga na strychu szuka ziół, żeby was zaczarować w łabędzie.
Dziewczynka porwała braciszka na ręce i wymknęła się z domku.
Przędziesz tam jeszcze? – pokrzykiwała Baba Jaga ze strychu szeleszcząc ziołami.
-Tak, tak – myszka udawała glos dziewczynki.
Tymczasem dziewczynka uciekała i była coraz dalej i dalej...
Wreszcie Baba Jaga zeszła ze strychu i wtedy wszystko się wydało. Zawołała więc potężnym głosem:
Przybywajcie, dzikie łabędzie, pędźcie szybciej niż wichry! Schwytajcie dzieci i przynieście je do mnie1 Dziewczynka była już nad rzeką, kiedy posłyszała szum łabędzich skrzydeł.
Rzeko. Uratuj mi braciszka – zawołała błagalnie.
Napij się mojej wody.
Dziewczynka nachyliła się nisko, zaczerpnęła dłonią rzecznej wody i wypiła. Ledwie to się stało, przed dziećmi otworzyła się grota. W niej znalazły schronienie. Łabędzie krążyły długo nad rzeką, wreszcie zawróciły do Baby Jagi. Dziewczynka z braciszkiem na plecach mogła powędrować dalej. Kiedy jednak znalazła się przy jabłoni, znowu nadleciały łabędzie Baby Jagi.
Jabłonko, ratuj nas ... – szepnęła dziewczynka.
Zjedz mój najbrzydszy owoc – odpowiedziała jabłonka.
Ledwie dziewczynka to uczyniła, na jabłoni rozrosły się liście. Zgromadziły jabłka. Nikt teraz nie mógł dostrzec, że pod jabłonką stoją małe dzieci. Z niczym powróciły łabędzie do Baby Jagi. A dziewczynka z braciszkiem dotarła szczęśliwie do rodziców.
https://szkolnictwo.pl/index.php?id=PU9898

Kto pamięta.. ;)
0 x



Awatar użytkownika
forester
Posty: 523
Rejestracja: piątek 12 cze 2015, 16:34
x 61
x 64
Podziękował: 574 razy
Otrzymał podziękowanie: 1275 razy

Re: Opowiadania

Nieprzeczytany post autor: forester » czwartek 09 wrz 2021, 22:51

Don Juan znad Jeziora Chapala

Obrazek
Jezioro Chapala.

Florian Śmieja

Już sam kawaleryjski start z torontońskiego lotniska świadczył o zuchach przy sterze meksykańskiego samolotu. Jak tylko oderwaliśmy się od ziemi, zadarli oni płaty, by upewnić pasażerów, że trzymają się jeszcze kadłuba, i poszybowaliśmy wzdłuż jeziora Erie, by wkrótce wylądować w Chicago. Tam dosiedli się nowi podróżni, miejsce obok mnie zajął, jak się miało okazać, wysoki oficer meksykańskiej policji. Wdałem się z nim w rozmowę. W rezultacie, po wylądowaniu na lotnisku w Mexico City, polecił mi moją torbę wrzucić na swoje bagaże i bocznymi drzwiami bez jakiejkolwiek kontroli wyszliśmy wśród salutujących mojemu towarzyszowi funkcjonariuszy celnych na ulicę.

Następnego dnia policjant strzegący mojego hoteliku nabrał do mnie szczególnego respektu, kiedy zauważył, że przyjechał po mnie samochód policyjny z urzędowym kogutem na dachu. To dzięki kaprysowi dygnitarza pojawił się jego szofer, by mnie zawieźć do nie znanej mi tolteckiej miejscowości Tula.

Celem mojego wojażu do Meksyku było odwiedzenie i poznanie rodaka, który kilka lat wcześniej odezwał się i napisał list do polonijnego pisma kanadyjskiego, z którym podówczas współpracowałem. Dziwił się on, że odwiedziwszy Meksyk nie opisałem swoich wrażeń i przygód. Wystosował zaproszenie:

…Na raz następny proszę podczas podróży do mnie wstąpić i ma Pan do dyspozycji łódkę, mostek i ryby w wodzie jeziora Chapala. Oprócz tego klimacik cały rok okrągły i jak w raju, a nie na ziemi.

Ponieważ minęło kilka lat zanim mogłem puścić się w drogę, powiadomiłem o tym listownie zapraszającego. Dokładnie objaśnił mi jak do niego trafić. Szosą z Mexico było 585 km więc wybrałem nocny autobus do Guadalajara, by stamtąd innym autobusem zrobić 125 km w odmiennym kierunku. Jechałem do 73 letniego emeryta, jak donosił, „chłopaka ze wsi podkarpackiej, poszczerbionego kulami partyzanta ze zgrupowania Jędrusiów, dziękującego Opatrzności za każdy ukradziony dzień życia”.

W liście do mnie mitygował szczerze swoje wcześniejsze obietnice i studził nieco moje zapały. Na pytanie, czy ryby w jeziorze biorą, odpowiedział prosto: “Te, co brały, dawno z wody wyciągnięte i zjedzone, a młode nie rosną, bo jezioro co roku to dalej od brzegu”.

I tak po długiej podróży autobusem i przesiadce w Guadalajara znalazłem się na miejscu. W jednej z trzech pięknych willi, zbudowanych między szosą a jeziorem, w białym budynku z czarnym dachem, zastałem wysokiego, szczupłego, siwiejącego mężczyznę w białym sombrero, o oczach chabrowych, człowieka jowialnego i bezpośredniego. Jego przybrana kilkunastoletnia córka wraz ze służącą próbowały akurat długim bambusem strącać owoce pitaya z kandelabrowego kaktusa stojącego przed domem.

Ponieważ na imię było mu Jan, stał się lokalnie znany jako Don Juan, a ponieważ był biały, to gringo. A znalazł się w Meksyku przypadkiem. Kiedy armia czerwona przewaliła się przez Polskę, antyniemiecka partyzantka nieraz zmuszona była walczyć z nowym okupantem i współpracującymi z nim organami PRLu. Z czasem jednak opór stał się nie tylko ogromnie niebezpieczny, ale wręcz beznadziejny. Pod węglem partyzant Jan przedostał się szczęśliwie do Szwecji. Były to czasy zimnej wojny i potrzebni byli ochotnicy do dywersji. Zaczęli ich szkolić Amerykanie w Europie. Kiedy jednak nastąpiła odwilż polityczna i koła historii potoczyły się w innym kierunku, ochotnicy stali się już zbędni. Jan otrzymał prawo osiedlenia się w Stanach Zjednoczonych. Bez języka i bez fachu w ręku, do tego ciężko schorowany, znalazł się w nowym kraju bez perspektyw, a lekarz dał mu sześć miesięcy życia.

W tej sytuacji wraz ze znajomym Niemcem, również nie mającym nic do stracenia, starym samochodem wybrał się do Meksyku. Przejechali cały kraj w poszukiwaniu sprzyjającego klimatu. Znaleźli go nad jeziorem Chapala w stanie Jalisco niedalego miasta Guadalajara na wysokości 1500 m nad poziomem morza. Jan postanowił się tam osiedlić.

Opodal miasteczka Tizapán el Alto między drogą do Guadalajary a jeziorem leżały skrawki nieużytków, głównie kamienie. Należały do lokalnego bogacza. Ten, kiedy doniesiono mu, że jakiś gringo interesuje się jego piedras, kamiennym terenem, nie chciał nawet słyszeć o sprzedaży. Gdy petent ponawiał chęć kupna, właściciel, by się go pozbyć, wymienił niewiarygodną sumę miliona pezów.

Jakież było jego zdumienie, kiedy gringo ofertę przyjął. Za nikomu niepotrzebne „kamienie” zdumiony sprzedawca otrzymał wielkie pieniądze. Ale Jan też nie był w ciemię bity i swe kalkulacje miał. Kurs dolara był wtedy wysoki, znalazła się rodzina, która pomogła. Ziemię podzielił na trzy działki i dwie sprzedał po korzystnej cenie. Na trzeciej postawił wygodny budynek dla siebie. Z Don Juanem zaczęto się w okolicy liczyć.

Obrazek
Meksyk

Położenie domu nad jeziorem umożliwiło założenie irygowanego ogrodu. Kiedy pociągnięcie normalnej linni elektrycznej nastręczyło trudności, przemyślny Don Juan nocą zawieszał druty na biegnące wzdłuż szosy przewody elektryczne, uruchamiał pompę, a przed świtem zdejmował druty i troskliwie zwinąwszy chował daleko od domu. I wody z jeziora miał pod dostatkiem.

Był też pierwszym na miejscu posiadaczem sprzętu do wykrywania metali. rozchwytywanym przez amatorów szukających zakopanych pieniędzy i kosztowności z czasów rewolucji. Szperał też na własną rękę i z powodzeniem. Z czasem jednak stał się ostrożniejszy. Zgodziwszy się kiedyś pojechać w góry szukać z innymi skarbu przeżył niemiłą przygodę. Kiedy już ustalił miejsce i odkopał pierwsze monety, jeden z uczestników wyprawy wydobył rewolwer i kazał mu zmykać. Były partyzant był sam bez broni, więc ze słowami seniores roztropnie się wycofał.

Broń po prawdzie miał i ponoć był to jego stary pistolet jeszcze z partyzantki, ale w Meksyku Don Juan wolał zachowywać wielką ostrożność. Nieraz policja ofiarowywała mu broń, ale on był przekonany, że zaraz po transakcji przyjdą po nią, skonfiskują a jego zaaresztują… Wolał nie ryzykować. Wymawiał się, że jest człowiekiem spokojnym, który broni nie potrzebuje. Nawet inspirowane kradzieże i włamania nie postkutkowały. Trzymał się z dala i koniec.

Obrazek
Tizapán, Meksyk.

W czasie jednego z moich pobytów w Tizapán na ulicach zaczęła się strzelanina: policja uzbrojona w karabiny ścigała kogoś czy po prostu chciała społeczność zastraszyć, bo zbliżały się lokalne wybory. A z wyborami to w Meksyku jest zawsze cyrk.

Rządząca od czasów rewolucji Zinstytucjonalizowana Partia Rewolucyjna (Partido Revolucionario Institucional) nic sobie nie robiła z rezultatów wyborów tam, gdzie ich wygrać nie potrafiła. Po prostu nie oddawała władzy i siłą uśmierzała protesty przeciwników. Opozycja na próżno mobilizowała wyborców, kiedy zazwyczaj po przegraniu wyborów partia rządząca nie odchodziła, nie przekazywała kluczy, a wojsko i policja robiły porządek. Zdarzało się prawem wyjątku, że tu i ówdzie zdesperowane kobiety miotłami przepędzały zasiedziałych marksistów. Ale takie wypadki należały do drobnych ustępstw i atrakcji dla społeczeństwa trapionego nędzą i korupcją rządzącej monopartii oraz ogólnym chaosem.

Carmen, przybrana córka Don Juana była Indianką ze szczepu Tarasca. Nazywała go pieszczotliwie papi, co nie wystarczało, by ją przestał poganiać często do sprzątania i innej domowej roboty. Była to jednak szorstkość udawana, bo w rzeczywistości strzegł jej jak oczka w głowie i cały majątek jej zapisał. U niego oglądałem wśród innych precjozów dużą kamienną głowę o czterech twarzach, meksykańskiego światowida, znalezioną na cmentarzysku oraz mixteckie żarna z wulkanicznego kamienia cudnie wyrobione z lewym gwintem, rytualne naczynie, ostrza strzał i włóczni, ofiarny nóż z czarnego obsydianu. Byłem z nim, kiedy nabył statuę bożka, który mu się z miejsca spodobał. Z przymrużeniem oka napomknął, że nie zdziwiłby się wcale, gdyby się okazało, że we wnętrzu znajdzie szlachetne kamienie lub złoto.

Obrazek
Meksyk, agawa.

Nasz partyzant osiedliwszy się w Meksyku wkrótce dał się poznać jako spolegliwy doradca i hojny mecenas. Najchętniej wspierał zakonnice opiekujące się sierocińcami. Kiedy raz zagadnięty, dlaczego sam nie zaadoptuje sobie dziecka, zgodził się i poprosił o niemowlę płci żeńskiej. Takie się wnet znalazło a on zatrudniwszy dwie służące przyjął je do swojego domu.

Powstał problem nazwiska dla dziewczyki. Don Juan bez wahania użyczył swojego, ale potrzebne jeszcze było nazwisko matki. Całą swoją swadą udało mu się przekonać młodą zakonnicę, by dla Boga i dla sieroty użyczyła swojego nazwiska. W ten sposób Carmen w papierach ma ojca i matkę. Nie było też większego zmartwienia z chrztem. Ksiądz proboszcz nie bardzo palił się do urządzenia uroczystości dla takiej znajdy. Don Juan poważnie przytakiwał głową jego wątpliwościom i zastrzeżeniom, ale równocześnie wydobył kilka banknotów i położyl je na stole ze słowami: Ale cóż to bezgrzeszne dzieciątko temu winne, że w takiej sytuacji przyszło na świat? Ksiądz widząc pieniądze łacniej zgodził się z jego sentymentem i odbył się huczny chrzest.

Don Juan nadal nie zapominał o sierocińcach w Morelia, Zamora i Ciudad Granja. Powiadał, że miał dużo szczęścia w partyzantce, przeżył pościgi i bez szwanku wyszedł z zasadzek, że udało mu się podreperować zdrowie w Meksyku, że prowokował na nowo swoją fortunę i wygrał, bo zakonnice i sieroty modliły się w jego intencji. Wilie chętnie spędzał w sierocińcu w Zamora, skąd pochodziła jego przybrana córka. Oboje pojawiali się w nim z koszem owoców i ogromnym ciastem, które Carmen kroiła i rozdawała swoim mniej fortunnym zakładowym siostrom i braciom.

Osiadłszy pod Gadalajarą Don Juan najpierw poszukał indiańskiego znachora. Przeżywszy w partyzantce w Polsce operację płuc w majątku Niziny nad Wisłą przywiązany do drzwi przez lekarzy współpracujących z podziemiem, a ta operacja kosztowała go pół płuca i kilka żeber, wytrzymał również zabiegi i rytuał czarownika, a nawet z czasem nauczył się od niego ziołolecznictwa, założył ogródek z ziołami i sam zacząl leczyć innych.

Szybko wykaraskał się z gnębiącego go ustawicznie wysokiego ciśnienia. Wybrał sobie dietę i sumiennie ją stosował. Pamiętam jak nawet pomidory najpierw gotował, a potem obierał ze skórki przed spożyciem. Przyrządzał jedzenie po partyzancku i po starokawalersku, ale przede wszystkim rozsądnie i zdrowotnie wedle dobrego rozeznania.

Rano po wypiciu o siódmej godzinie filiżanki swojskiej herbaty ziołowej jechaliśmy do miasteczka Tizapán położonego jakieś dwanaście kilometrów na wschód również nad jeziorem Chapala. Tuż przed miejscowością był posterunek wojskowy: na szosie trzeba było zwolnić, by przejechać przez przeszkody specjalnie wmurowane w poprzek jezdni, dla zatrzymania ruchu. W przydrożnych bunkrach żołnierze w hełmach i z bronią w ręku pilnowali porządku. Dawniej rewidowali każdy pojazd, ostatnio, po zastrzeleniu dwu młodych ludzi, którzy chcieli brawurowo sforsować przeszkodę, już tylko obserwowali.

W Tizapán, znaczącym „ziemia chlebowa”, chodziliśmy codziennie na targ, na którym kupowaliśmy świetne i chrupkie bułki, trochę mięsa, jajka, a przede wszystkim pomidory, pomarańcze, banany, melony i papaje.

Automat wyrabiający placki kukurydziane, tortillas, obsługiwały dwie dziarskie Metyski. Uśmiechając się przyjaźnie polecały mi swoje placki. Odpowiedziałem, że nie mam z sobą pieniędzy. To dostanę na próbę za darmo. Tłoczone z pojemnika ciasta na ruchomą taśmę z dużą szybkością przechodziły nad gazowymi palnikami i już upieczone układały się na stosie. W te placki zawija się różne przyprawy, mięsa i sałaty, by powstała jedna z ulubionych meksykańskich potraw.

Teresa Garcia, jedna ze sprzedawczyń, wręczyła mi z taśmy trzy placki, a ja jej dałem na pamiątkę kanadyjskiego centa. Zapytała o moje imię, chciała wiedzieć, co porabiam, gdzie bywam. Szczuplutka, żywa i rezolutna westchnęła „Piękna musi być Kanada” i zaraz dodała: „i Polska”. Kto wie też, jakie sobie snuła marzenia i jakiej melancholii nabawił się ten sympatyczny podlotek.

Obrazek
Meksyk.

Ciężkie warunki życia skłaniają wiele kobiet w Meksyku do wiązania się z osiedlającymi się w tych stronach cudzoziemcami, najczęściej Amerykanami i emerytami, oferując im najtroskliwszą opiekę i czułość za dach nad głową i ludzkie traktowanie.

Odwiedzałem tę przyjazną polską oazę kilkakrotnie. Z domu Don Juana mogłem jeździć po okolicznych stanach. Interesowały mnie szczególnie górskie krainy, które w latach dwudziestych i trzydziestych były teatrem zażartych i krwawych walk między lokalnymi chłopami tzw. cristeros a wojskiem rządowym. Wyszukiwałem dawne gniazda powstańców i rozmawiałem z byłymi kombatantami będącymi w bardzo już podeszłym wieku. Zjeździłem w ten sposób autobusami stany Michoacán, Jalisco i Colimę.

Meksykanie jeżdżą głównie autobusami. Dworce autobusowe niektórych miast są malowniczą i ważną instytucją społeczną. W większych miastach są osobne dworce pierwszej i drugiej klasy. Często różne linie oferują kursy do tych samych miejscowości, wtedy obsługa autobusu bardzo agresywnie kaptuje sobie klientelę. Wygodne i bezpieczne są klimatyzowane pojazdy pierwszej klasy używane głównie przez zamożniejszych Meksykańczyków oraz turystów. Ogół jednak i młodzi turyści jeżdżą tanimi, odrapanymi i brudnymi autobusami bez chłodzenia, zatłoczonymi i hałaśliwymi. Ścigają się one niebezpiecznie z równie mało sprawnymi ciężarówkami i jak sfatygowane bombowce wracające z trudem do bazy zajeżdżają na dworce, gdzie czeredy chłopców opadają je z mrożonkami, lodami, sokami, owocami i ciastkami.

Patrzałem na tę aprowizację z zazdrością. Napiłbym się nieraz chętnie soku czy zjadłbym lody, bo upały duże i brak przeciągu w zatłoczonych autobusach, ale bałem się wody. Nie miałem odporności tubylców, którzy pili do woli i pałaszowali zakurzone placki. Ostrożność była wskazana i roztropna.

Choć licho płatni i pracujący w fatalnych warunkach kierowcy wydali mi się znakomici. Nieraz zresztą musieli oni przemieniać się w mechaników. Autobusy psuły się nagminnie, a wysławszy pasażerów na małą przechadzkę, obsługa brała się do naprawy i najczęściej wychodziła z problemu zwycięsko, wołała pasażerów i niejednokrotnie dojeżdżała do celu na czas wedle przysłowiowego „Lepiej trupem, ale na czas”.

Jeździłem tymi autobusami namiętnie. Pędziła mnie jakaś niespokojna energia, czułem radość, że znajdowałem się w dzikim krajobrazie, że byłem sam. Miałem czas, czekanie nie było przykre, nie wadziłem nikomu. Nauczyłem się cierpliwości. Potrafiłem godzinami siedzieć na kamieniu i czuć się częścią krajobrazu.

Nauczycielami nieraz byli Indianie i Metysi. Ich sposób bycia potrafił zaimponować. Czasem zaskakiwały mnie ich słowa. Kiedy raz w cieniu drzew czekałem na skrzyżowaniu dróg na autobus z Guadalajary, dołączyl do mnie starszy Indianin. Po wymianie pozdrowień poskarżyłem się, że czekałem już parę godzin, na co on odpowiedział z flegmą: „No to, señor, będziesz już czekał krócej”.

Obrazek
Meksyk, sztuka prekolumbijska.

Meksyk to kraj rozległy i ludny, górzysty bardzo i obfitujący w wulkany, położony między dwoma oceanami, każdy jego stan (a Meksyk ma ich 27) zaskakuje czymś odrębnym i fascynującym. Z zapylonej pustyni wyjeżdża się na urodzajną równinę, na płodne czerwone ziemie pełne zboża, kukurydzy i warzyw. Ale obok nowoczesnych traktorów i maszyn rolniczych widzi się nadal tabuny koników i osiołków słaniających się pod ciężarem ładunków, często długich żerdzi czy desek przytroczonych do siodła i włóczonych po ziemi. Fauna Meksyku jest bogata: w powietrzu ustawicznie kołują sępy. Czarne kolibry uwijały się przy kwiatach kolczastych krzewów, ludzie kamieniami strącali cierpkie owoce, by je żuć. Dużo żółtych, czarnych i nakrapianych motyli, egzotyczne dla nas iguany, a przez dzień cały słychać gwizd i szum owadów oraz rechot żab. Ropuchy wydają odgłosy, które łatwo brać za szczekanie psów.

Wybrane miejsce i tryb życia wybitnie Don Juanowi służyły, choć pędził życie w dużej mierze samotnicze i tylko wyjątkowo zaglądali do niego ludzie z północy. Raz na przykład zawitał dyplomata, podróżnik i pisarz Jerzy Giżycki w drodze do Indian w Oaxaca, wśród których pozostał do śmierci. Kiedy Don Juan przekroczył osiemdziesiątkę nadal cieszył się znakomitym zdrowiem śmiejąc się, że o istnieniu w jego ciele dwu niemieckich kul wie tylko Herr Rhoentgen. Te kule złapał, kiedy osłaniał angielski desant w Polsce i dzień cały w szuwarach przeleżał, zanim ściągnięto go do majątku na operację. Opisywał, jak się jeszcze ścigał na rowerze z urwisami. Zjadał lekkie śniadania, szedł do ogrodu i pasieki, a także do dawnego domu, bo nowa właścicielka owdowiała i potrzebowała pomocy, więc się tym domem opiekował. Pamiętam, jak siadywaliśmy tam razem wieczorami spogladając na piękną posiadłość, która mu dała nie tylko przystań i zabezpieczenie starości, ale przede wszystkim przywróciła sens życiu i podreperowała zdrowie. Świetne powietrze i ładny widok na jezioro uleczyły duszę. A było na co patrzeć: nad kwieciem buganwilii uwijały się duże motyle żółte i czarne, cynobrowe i bure, kolibry przeglądały roślinę zwaną agua vera. Z własnych agaw spijaliśmy mleko, mezcal, od którego zdaniem lokalnych Indian rosną płuca. Tym mlekiem nieraz muszą się zadowolić dzieci indiańskie. Na chudym drzewie dojrzewały papaje, żabki i świerszcze grały bez końca, z suchym trzaskaniem chybotały się pióropusze palm, raz po raz osuwały się ciężkie liście drzew zrzucających swoje sezonowe okrycie. Nad brzegiem żeglowały czaple i żórawie, z wody ozywały się kaczki i kurki. Don Juan żył spokojnie i szczęśliwie, jak u Pana Boga za piecem i kto patrzył na wyciszonego mężczyznę polewającego swój ogród, nie podejrzewał pod sielskim obrazkiem dramatycznej i niebezpiecznej przeszłości. Lekarza nie znał, miał swoje ziółka we własnym ogródku nie tylko dla siebie, ale i dla innych. Napisał, że po ziółka przychodziły też młode dziewczyny, aby spędzić płód, bo bały się, że je ojcowie zabiją, jak się dowiedzą o ciąży.

Obrazek
Meksyk.

Niektorym młodym kobietom proponował inne rozwiązanie. Zamiast ziółek zalecał tym, które były w ciąży nie dłużej niż dwa miesiące, wyjazd do Stanów Zjednoczonych, względnie Kanady, i oddanie dziecka za zapłatą ludziom, którzy na dziecko czekali. Wysłał już w ten sposób jedenaście dziewcząt. Tłumaczyl mi:

Taka samotna para bez dzieci daje w liście zaproszenie dla dziewczyny na odwiedziny razem z gwarancją utrzymania. Dziewczyna po przyjeździe do USA czy Kanady pracuje u krewnych przyszłej mamy, aby nie wiedziała, gdzie jej dziecko będzie adoptowane. W klinice rejestruje się na imię przyszłej mamy i rodzi. Po wyjściu z kliniki oddaje dziecko i otrzymuje zapłatę i bilet do Guadalajara. Jak dotąd to się zadowalają trzema tysiącami dolarów. Powraca ‘całka’ jak wyjechała i ani novio se da cuenta (narzeczony się nie zorientuje), co się z Lupitą stało. A rodzice jacy zadowoleni, że postarałem się o dobrą pracę, bo za siedem albo osiem miesięcy dziecko zarobiło kupę dolarów.

Sprzedawszy swoją willę nad jeziorem Don Juan wprawdzie kupił dom w Tizapán, ale niekiedy snuł plany, by przenieść się do Europy, albo do Kanady, gdzie miał braci. Lecz kiedy go obserwowałem, jak chodził na targu wśród przekupek i jak rozprawiał na skwerze miasteczka, jak radził przybywającym do niego ludziom i tęsknie spozierał na jezioro Chapala, rozumiałem, że w istocie ukochał on niepewny, ale męski tryb życia meksykańskiego i że właśnie tam partyzant spod Mielca znalazł swoje piękne przeznaczenie.

Mityczny Don Juan był postrachem kobiet i ich pogromcą. Jego imiennicy cieszą się opinią uwodzicieli i wyzyskiwaczy. Nasz Jan natomiast był ich obrońcą i dobroczyńcą. Jego dobra fama nie prędko ucichnie w gorącej ziemi Jalisco.

https://www.cultureave.com/don-juan-zna ... a-chapala/
0 x



ODPOWIEDZ